Morawiecki przez osiem lat rządów PiS tak gorliwie klaskał Kaczyńskiemu, że aż rozbolały go kolana. Z entuzjazmu tłukł bowiem dłońmi również w nogi. Nic dziwnego, że kroczenie obok prezesa do dziś przypomina mu o tamtym bólu. Kiedy idzie własną drogą, może przynajmniej udawać, że kolana już nie pamiętają.
Ludzie jednak nie kolana - wiele pamiętają. Niektórych z nich boli więc z kolei to, że przez długi czas poruszał się na plecach przyjaciela: opiekuna duchowego, mistrza, a przede wszystkim żywiciela.
Są też tacy, którzy dostrzegają tu arcyciekawy paradoks. Na plecach opętanego spiskowym myśleniem populisty widzą proeuropejskiego, postępowego liberała. Niekonfliktowego, uśmiechniętego, otwartego na dialog faceta z jajami.
Nie widać zarazem, żeby ten samodzielny uczeń swojego mistrza i żywiciela zamierzał zrezygnować z podróżowania na jego grzbiecie. Pal już licho, czym irytująco grzechocze swojemu wierzchowcowi po plecach i co z tych grzechotek może wyniknąć.
Problem jednak w tym, że jeździec zdaje się powoli przeskakiwać na plecy największego rywala swojego mentora. Czy będzie mu do twarzy na nowym wierzchowcu? I czy ten wierzchowiec pozwoli mu się utrzymać?
Choć trzeba przyznać: sztuka jednoczesnego dosiadania dwóch wierzchowców robi wrażenie.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)