Na fali ostatnio manifestowanego oburzenia i przeżywania, postanowiłem z bliska przyjrzeć się słowu dziecioróbstwo. Jako tzw. zimny pies, postanowiłem wykorzystać – ten teraz już nazwijmy pożyteczny dystans – do zadania pytania dlaczego tak się dzieje. Dlaczego ludzie robią dzieci, choć w tym czasie przecież robią coś innego. Też poczułem się odpowiedzialny, choć dzieciorobem nie jestem.
Sprawa okazała się dla mnie tak samo tajemnicza, jak dla słownika. Według słownika dzieciorób to: mężczyzna który ma dużo dzieci. Kobieta w słowniku dzieci nie robi, chociaż nawet dla wierzących w bociana wiadome jest, że w procesie produkcji też uczestniczy. Wiadomo, pan i pani się bzykają, pan papież organizuje im antykoncepcję, a później wpada pan bocian i przynosi. Niespodziankę.
Pan papież na szybko załatwia, że to jednak nie bociek, a dar od kogo innego i można już z poczuciem dobrze spełnionego obowiązki grzać po becikowe. Nie, nie do tego od daru, do niego się pustej łapy nie wyciąga, poza tym, przy pomocy ziemskich nadzorców płodności i urodzaju dał już wystarczająco. Ci potrafią zadbać o, było nie było, swoją przyszłość – majstruje taki fachowo na substancji ludzkiej wkładając do głowy tylko to co trzeba – dbając by darów było więcej, i by substancja darowanego nie śmiała odrzucić.
No to do słownika, oprócz wspólniczki tego słownikowego, jako dziecioroba dorzuciłem kolejnego. Ten ponadto postara się daru nie opuścić aż do śmierci – socjalizację dar też ma zapewnioną.
Teraz kwestia czy słownik przypadkiem się nie myli, zawężając definicję do: dużo dzieci. Jedno dziecko też musi zostać zrobione. Trudność wyznaczenia granicy od której zaczyna się dużo, plus założenie, że dla niektórych już jedno to za dużo, godzi wszystkich, a i definicja nie cierpi logicznie.
Mam więc w tej chwili do dyspozycji: facet, facetka i ten trzeci co im mówi co i jak.
Analizuję tego trzeciego mówienie: co, jak, i że ma być dużo, i wychodzi mi, że choroba religijna o nazwie nerwica eklezjogenna też się przyczynia do dzieciorobienia. Zaraz mi się przypomina jak poprzedni pan papież zwalczał w Afryce AIDS tą szczepionką religijną. Zaszczepieni trwogą do czarnego Boga, od czasu wizyty pana papieża nienawidzą kondomów, a AIDS nie jest już takie straszne.
Nie straszne wobec łaski bożej będą dramaty jakie przeżywają niedojrzałe, niewyedukowane seksualnie i obarczone przymusowym macierzyństwem matki. Doktryna katolicka reklamacji w przypadku nieudanych eksperymentów na materiale rozrodczym nie uwzględnia – tymi, którym się nie powiodło, zajmuje się już z zupełnie innych paragrafów. Tych od bękartów i wszelkich innych grzechów.
Dobrze domknięte koło tej specyficznej moralności, pozwala brzemię odpowiedzialności za nieradzenie sobie substancji ludzkiej z sytuacją zwalić tylko na substancję – a Instytucji zawodowo zajmującej się dzieciorobieniem przemienić się w psy tropiąco gończe. Od początku mówili, że to dar nie od nich.
Termin dziecioróbstwo, powinien uwzględniać więc zarówno wszystkich uczestników tego procederu, jak i czynniki narzucające jakość, która pozwala mówić nie o świadomym rodzicielstwie, nie o konsekwencjach, nie o możliwości wyboru na każdym etapie, a tylko o mechanizmie nastawionym na zapłodnienie.
Dopóki integralność cielesna i duchowa substancji ludzkiej jest naruszana – mówiąc obrazowo gwałcona – odpowiedzialność spada na wszystkich, także tych, którzy przyzwalają na ingerowanie w intymność człowieka za pomocą przesądów i bajek, których stosowanie w praktyce kończy się tragediami.


Komentarze
Pokaż komentarze (24)