Wypadek w Smoleńsku poza S24 zajmuje mnie tyle co przeciętnego Polaka, czyli naprawdę niewiele. Okazjonalnie i zależnie czy też pan Macierewicz czy Sakiewicz ulepili jakiegoś bąbowego newsa, czy nie ulepili i lecą na odgrzewanych kotletach. Fascynująca ta ich aktywność jest głównie z powodu możliwości śledzenia na żywo, i niecodziennie aż tak jaskrawo widocznej, propagandowej kuchni. Trzy czwarte Polski się z tego śmieje, a ja wychodzę z założenia, że rzadko z taką wyrazistością można obserwować rozdźwięk między faktami a próbą klecenia z nich czegoś zupełnie innego, więc tak jak Antoni Macierewicz z wypiekami studiował taktykę prowadzenia partyzanckich przewrotów w Ameryce Południowej – tak ja studiuję dzisiaj Antoniego Macierewicza. No może niedokładnie tak, bo bez wypieków na twarzy i z zachowaniem higienicznego dystansu.
Niekiedy higienizm zarzucam. A dzieje się to prawie wyłącznie na S24. Świadomie wchodzę raz na czas na blogi parające się zakłamywaniem tego niepotrzebnego wypadku lotniczego, i na zasadzie jednego z wielu odważników na wadze staram się by bujana przez legendziarzy huśtawka ich za wysoko nie wyniosła.
Jednym z niedopowiedzeń smoleńskich jest twierdzenie, że załoga była co prawda pod presją, ale na bezpośrednie naciski nie ma wystarczających dowodów, a skoro nie ma jednoznacznych dowodów, to taktownie będzie wszystkie wskazujące na naciski poszlaki interpretować na korzyść podejrzanego. Czyli przykryć prawdę w imię tzw. poprawności, racji wyższych czy innej miłości do zwierząt.
Jest to w tym momencie z mojej strony kamyczek wrzucany do ogródka zarówno oficjalnych komisji badających przyczyny, jak i strony bezpośrednio atakowanej wypadkiem, czyli aktualnego rządu. Im wyrozumialej wspomniani traktują odpowiedzialnych za niepotrzebny wypadek, tym huśtacze na Smoleńsku rosną w mity i zamachy. Sęk w tym, że wyrozumiałość w stosunku do prawdziwych odpowiedzialnych i nie wdawanie się w pyskówy z zamachowcami rozumiem. Stało się, trudno, nikt nie jest doskonały, kropka. Chrześcijańska czy humanitarna to postawa, nieważne.
Drapieżca budzi się we mnie gdy inne drapieżniki atakują. Mocno poturbowane stado ma dwa wybory, albo na jakiś czas ograniczyć aktywność i lecząc rany próbując to co się da odbudować – albo w akcie rozpaczy próbować pozagryzać co się uda.
Tak właśnie odbieram obłąkańcze traktowanie każdego wyrażającego inne zdanie o smoleńskiej odpowiedzialności niż stado pana Macierewicza. O tyle jest to bezproduktywne, że na ślepo i wściekło ciężko się atakuje. Dwuipółletnia udręka pana Macierewicza nie posuwająca jego mocodawcy ani o milimetr do przodu najlepszym przykładem. Prezes ciągle tam gdzie zamach, czyli na politycznych rubieżach – tefauenów nie ogląda gazet nie czyta, ale czasem jego tam oglądają i o nim piszą.
Drugim powodem – oprócz tego, że nie zamierzam dać się zagryzać mitami o rzekomym honorze ludzi mało honorowych ludziom niehonorowym – dla którego porzucę higienizm i pobędę sobie za moment drapieżnikiem, jest dysonans między rozumieniem racji wyższych, a poczuciem racji tych zbędności w pewnych sytuacjach. Baba z wozu koniom lżej.
Sądzę poza tym, że skoro prezesa Kaczyńskiego nieodmiennie zadowala prowadzanie wściekłej smoleńskiej watahy, to jako takiego twardziela stać go również na przyjęcie do wiadomości, że niektórzy nie zapomną mu przynajmniej pośredniej odpowiedzialności za Smoleńsk. Tak jak nie zapomną bezpośredniej odpowiedzialności za wymuszenie na pilotach lądowania jego bratu.
Powody takiego rozumowania? Tutaj. W stenogramach. Czarno na białym z nich wynika, że piloci oddali inicjatywę innym na pokładzie, czekając na decyzję co robić. A że w żaden sposób nie mogła być to używana przez mataczy smoleńskich mantra o wybieraniu przez prezydenta lotniska zapasowego, doskonale obala kwestia wypowiadana przez kapitana Protasiuka. Jednej z ofiar nieodpowiedzialności i autorytaryzmu.


Komentarze
Pokaż komentarze (46)