Zaznaczam wyraźnie i uroczyście, iż opieram tę notkę na czterech niezależnych i całkowicie wiarygodnych źródłach. Źródła uspokajam, że mogą spać spokojnie – prawo jest po naszej stronie. I aczkolwiek teoretycznie możemy wobec powyższego nieco sobie teraz pofabularyzować, popolitykować, ponaginać a nawet połgać, oprócz prawa możemy również liczyć na listy poparcia takich samych jak my łgarzy – to ostatecznie powinno zapewnić nam wiarygodność. Oczywiste również jest, że żaden z popierających nie będzie żądał od nas jakichkolwiek dowodów. Resztę czniamy.
Całe to obmierzłe gmyzowisko podstępnie wciągnęło okoliczną ludność w dywagacje, czy Gmyz ma prawo/obowiązek chronić informatorów – czy też może ich zwyczajnie w uzasadnionym przypadku podejrzenia o swoją i informatorów niewiarygodność sprzedać.
Jakby nie było oczywiste, że zapewnić anonimowość mogą w takim samym stopniu szef Gmyza i sam Gmyz – w tym przypadku red. Wróblewski, któremu to jakoś zupełnie nie wpadło do głowy. Wspólnie przecież swą rzetelność nadstawiają, wspólnie informacje i informatorów weryfikują. Po czym wspólnie ich chronią.
I tutaj zaczynają się problemy. Nie tylko Wróblewskiego, który nadzwyczaj wyrozumiale, zostawiwszy sobie za plecami zasłaniającego się prawem ochrony informatorów – a możliwe, że konfabulującego – Gmyza, z przytupem udał się po potwierdzenie rewelacji do najlepiej poinformowanego źródła – czyli prokuratury – a nie dostając tego potwierdzenia (!) spokojnie pozwolił Gmyzowi robić z balona z samego Gmyza, z siebie i na dokładkę z Kaczyńskiego.
Czyli Gmyz okazuje brak zaufania do szefa, że ten wspólnie z nim uniesie brzemię chronienia informatorów – natomiast szef Gmyzowi ufa bezgranicznie. Gmyzowi lampka kontrolna również się nie zapala – więc albo ma szefa za ostatniego frajera i w tym wypadku ma rację, albo zwyczajnie działali razem. Trzecia opcja jest odwrotnością pierwszej – frajer z cwaniakiem zamieniają się miejscami.
Skoro Wróblewski nie potrzebował weryfikowania informacji, a wręcz w sytuacji gdy weryfikacja wypadła negatywnie dalej ciągnął wersję Gmyza pozwalając mu publikować bzdury, to znaczy, że nie potrzebował weryfikować ich i sam Gmyz. No bo po co?
Czy więc informatorzy Gmyza istnieli i robili go nadzwyczaj udanie w konia, czy też nigdy nie istnieli, a poczciwy pan Trotylarz jedynie pozbierał porozrzucane śmieci, tak naprawdę istotne w sprawie nie jest. Najważniejsze jest to, że chociaż prawo chroniące informatorów jest ze wszech miar słuszne, to zupełnie nie chroni przed dezinformatorami.
Dezinformatorami jak – co potwierdziły cztery niezależne i całkowicie wiarygodne źródła, a także ślady znalezione na wraku Gmyza – Cezary Gmyz.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)