Wyobraźmy sobie, że jakiś Bóg jednak istnieje. Puszczając wodze fantazji jeszcze bardziej, załóżmy że jest na tyle prostolinijny, skromny i taktowny, że nie wymaga od ludzi niczego więcej, jak tylko tego żeby byli przyzwoici. Że nad hymny na swoją cześć przedkłada szanowanie przez ludzi bliźnich. Czyli dostrzeżmy Boga jakby jeszcze bardziej boskiego.
Po co? A po nic ważnego. Powiedzmy, że tylko w imię przyzwoitości, że wkurza nas, w jaki sposób posługują się ideą Boga ludzie zarabiający na niej. By pokazać, jak łatwo tą ideą można posługiwać się inaczej. I to za darmo. Czy to inaczej znaczy lepiej? Bóg mógłby np. nie dać złapać się na nasze prostolinijny, skromny i taktowny i odpowiedzieć, że nasza ocena (i nasze lepiej) go nie interesuje. Czyli, że jestesmy za mali by zrozumieć Zamysł. No to chwilowo podziękujemy za okazane zaufanie i bardziej zaufamy sobie.
Otóż jeśli miałoby mu zależeć również i na hymnach (oprócz oczywiście wymagania od ludzi przyzwoitości względem siebie), to znaczy, że nasz osąd jednak go interesuje. A skoro tak, to uważanie go za skromnego i pozbawionego bąbelków w głowie bez wątpienia przedkłada nad uważanie go za próżnego i skoncentrowanego na sobie, bardziej niż np. na ciężarnej kobiecie,
w imię jego majestatu pozbawianej przez funkcjonariusza KK jedynego źródła utrzymania. Paskudna historia... Nie tylko nic nie móc zrobić, ale i kolejny raz firmować czyjeś nadużycia. Kogoś, kto wprost mówi, że to właśnie ów Bóg mu tak nakazuje.
Rozsądne wyjście dla takiego Boga jest tylko jedno - z klechą ponoć go reprezentującym nie mieć nic wspólnego. Zakładając więc Boga rozsądek, jak też wcześniejsze nasze uczynienie go jeszcze bardziej boskim niż go przedstawiają chytre klechy, możemy się pokusić o stwierdzenie, że KK i każdy taki pojedynczy klecha mówią o zupełnie innym Bogu, niż nawet mógłby on być. Gdyby był.
Niestety. Mam jeszcze gorszą wiadomość dla klechy ustanawiającego sobie użytecznego Boga. Nie potrafię wskazać mu żadnego innego.