Ojciec 1500+
Ojcowie, nie drażnijcie dzieci, ale wychowujcie je stosując dyscyplinę i nauczając je tego, co się podoba Panu. Ef 6.4
12 obserwujących
36 notek
90k odsłon
  2785   4

Mój dom murem podzielony. Podsumowanie trzech festiwali "muzycznych"

Jako muzyk na podstawie trzech takich imprez "Pol'and'Rock Festival", "Top of the Top Sopot Festival" i "Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej Opole 2021" niewiele mogę powiedzieć o poziomie polskiej muzyki. W tej od lat niewiele dobrego się dzieje, więc bez żalu w trakcie transmisji szedłem kontemplować w ciszy przyrodę nad jeziorem lub zmieniać kran w kuchni (autentycznie). Natomiast po tym co się tam działo wiele można powiedzieć na temat tutejszych mediów i tutejszego społeczeństwa (celowo nie użyłem słów "polskich" i "polskiego" bo w pierwszym przypadku brzmiałoby ono obraźliwie, a w drugim było powodem do wstydu). W Polskiej (i światowej) muzyce niewiele dzieje się ciekawego - gdy gram utwory z dwudziestolecia międzywojennego, to zachwycam się ich harmonią (już same akordy świetnie brzmią, a do tego linia melodyczna... nie mówiąc o aranżacjach najczęściej rozpisywanych na orkiestrę), gdy próbuję zagrać coś z klasyki hard rocka lub rocka progresywnego, to zachwycam się wirtuozowskimi solówkami wymagającymi miesięcy ćwiczeń. A gdy gram utwory z ostatniego dziesięciolecia? Nie mam ani jednego takiego utworu w repertuarze, bo trudno w nich czymś się zachwycić. Więc o poziomie muzycznym festiwali nie będę się wypowiadał. Napiszę o tym, o czym pisały media, czyli o tym, co według nich było w tych festiwalach "najważniejsze". 

O ile festiwal Woddstock (dokładnie "The Woodstock Music and Art Fair") odbywający się 15-18 sierpnia 1969 w miejscowości Bethel w stanie Nowy Jork reżyser filmu dokumentującego tę imprezę określił słowami "3 days of Peace and Music", to tegoroczny owsiakowy "Pol'and'Rock Festival" (który niegdyś nosił nazwę "Przystanek Woodstock") można opisać słowami: "3 dni werbalnego ***ania PiS, usprawiedliwiania ***ania PiS i wygrażania przeciwnikom ***ania PiS" - oczywiście to wszystko w imię "wolności słowa". W "wolnych" mediach słowa krytyki "przekroczenia pewnej granicy" rozkładały się na równi ze słowami usprawiedliwienia, a nawet pochwały wulgaryzmów rzucanych ze sceny i atakowania tych, co ośmielili się incydenty na imprezie Owsiaka skrytykować. Oczywista i banalna jest odpowiedź na pytanie: co by się działo gdyby na jakiejkolwiek ogólnopolskiej imprezie padły słowa "***** PO", nie mówiąc już o "***** LGBT", "***** muzułmanów" lub "Żydów"? Organizatorowi i uczestnikom tego skandalu byłoby to wypominane do końca świata i o jeden dzień dłużej. A tu jakaś dziwna pobłażliwość, usprawiedliwianie, wciskanie zewsząd, że w tych okolicznościach "mieli prawo"... że OFIARY bluzgów, złorzeczeń same są sobie winne... Skąd my to znamy? Czytelników pewnie już znudziły pojawiające się ostatnio na moim blogu porównania do antyżydowskiej histerii w III Rzeszy (a i ja sam jestem wręcz przytłoczony liczbą analogii do tamtych koszmarnych czasów). Więc tym razem zrobię analogię do festiwalu Woodstock z 1969 roku. Ponieważ odbywał się on w czasach wojny w Wietnamie (1955–1975) i miał zdecydowanie pacyfistyczny i kontrkulturowy charakter, więc było nim kilka mocniejszych lub słabszych prowokacji artystycznych sprzeciwiających się wojnie. Najmocniejszą prowokacją był hymn USA "The Star-Spangled Banner" zagrany przez Jimiego Hendrixa w taki sposób, że między oryginalne nuty wstawił on celowo fałszywe dźwięki oraz imitowane na gitarze odgłosy spadających bomb, wybuchów, serii z karabinu maszynowego i krzyków przerażenia. Muzycy na scenie jak i słuchacze nie mieli wątpliwości, że uczestniczą w czymś wielkim, epickim (przenosząc na nasze polskie poletko - niczym opisany w "Panu Tadeuszu" koncert Jankiela). Ze słabszych prowokacji najbardziej kojarzy mi się namawianie przez Country Joe'go (występującego z grupą "The Fish") publiczności do wykrzyczenia słowa "F**k!" w ramach wstępu do odśpiewanej przez niego piosenki antywojennej. Refren tej piosenki na festiwalu znali i śpiewali niemal wszyscy, bo ci którzy tam przyjechali zrobili to, aby zademonstrować swoją dezaprobatę dla wojny w Wietnamie. Robili to z czystych, autentycznych, potwierdzonych czynami przekonań - przykładowo David Harris mąż Joan Baez (występującej na Woodstocku w stanie błogosławionym z już sporym brzuszkiem) właśnie odsiadywał wyrok trzech lat więzienia za odmowę służby wojskowej w Wietnamie (nawet nie chcę się zastanawiać co by się działo, gdyby w "pisowskim reżimie" podobny los spotkał któregoś z policjantów biorących lewe zwolnienia lekarskie w trakcie "psiej grypy" - PeOwskiej prowokacji mającej doprowadzić do zamieszek w trakcie obchodów 100-lecia odzyskania niepodległości... lub na przykład małżeństwo Kramków). Amerykańscy pacyfiści nie wiedzieli, że są jednocześnie "pożytecznymi idiotami" sowieckiej machiny propagandowej której celem było złamanie poparcia amerykańskiego społeczeństwa dla interwencji w Wietnamie aby zakończyła się tak, jak się zakończyła (jak ktoś oglądał filmy z lotniska z Kabulu po przejęciu władzy w Afganistanie przez talibów, to wtedy wyglądało to jeszcze dużo gorzej - komunistyczny Vietcong nie dał Amerykanom czasu na ewakuację, a jego okrucieństwo budziło dużo większe przerażenie niż fundamentalizm talibów). Ale ani na amerykańskim Woodstocku, ani na jakiejkolwiek innej dużej imprezie muzycznej jaką pamiętam (a mam prawie 50-tkę na karku) do tej pory nie pojawiały się rzucane ze sceny okrzyki nienawiści pod adresem konkretnej grupy. Pogooglałem trochę w sieci i znalazłem, że jedynymi imprezami do tej pory na jakich to tolerowano były niszowe festiwale neonazistowskie takie jak "Orle gniazdo" (więc wróciliśmy do tego, od czego próbowałem uciec). 

Lubię to! Skomentuj25 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura