W okopie rozsądku
Najpierw Cię ignorują. Potem śmieją się z Ciebie. Później z Tobą walczą. Później wygrywasz. /Gandhi Mahatma/
142 obserwujących
597 notek
1344k odsłony
  3738   6

Widok ze szpitalnego łóżka

Już dość dawno Salon opublikował redakcyjną notkę na podstawie artykułu Dziennik Gazeta Prawna: "Rok bez leczenia. Dla 2 mln pacjentów zabrakło miejsca". Jako jeden z tych dwóch milionów "niespełnionych", czyli odrzuconych przez system zdrowotny w Polsce ludzi, czuję się niemal w obowiązku naświetlić rzeczywistość tak, jaką jest ona z punktu widzenia pacjenta, bo ów punkt widzenia znacząco różni się od obrazu rysowanego w mediach - zwłaszcza w rządowych, gdzie głównym tematem jest radosna twórczość ministra Niedzielskiego i jego równie radosnych doradców.


Niniejszą notkę zacząłem pisać dosłownie w szpitalnym łóżku, w oczekiwaniu na poważną operację kardiochirugiczną, która miała poprawić jakość mojego życia i zdrowia. Kolejne daty na które wyznaczana była ta ważna dla mojego życia operacja to: połowa września ubiegłego roku, grudzień ubiegłego roku, marzec tego roku, czerwiec tego roku, wreszcie pierwszy nie przełożony termin : 16 września bieżącego roku. Stawiłem się tego dnia w szpitalu, dzień wcześniej musiałem poddać się  testowi covidowemu. Położono mnie do łóżka, zrobiono standardowe badania i tak sobie leżałem. Od pacjentów dowiedziałem się, że jest zator. Niektórzy czekają na zabieg i dwa tygodnie - standardem jest 9-10 dni. Działa to podobno tak, że przyjmuje się pacjentów na wcześniej zaplanowane operacje, ale system przepływu pacjentów jest zablokowany - tyle, że kolejki oficjalnie nie ma, bo pacjenci są ( tak jak ja) hospitalizowani, czyli NFZ za każdego oczekującego płaci - i to duże pieniądze.  Oczekiwanie w takiej przymusowej kolejce wewnątrz szpitala jest dla pacjenta koszmarem, zwłaszcza, że oddział jest niczym więzienie: nie wolno z niego wychodzić, zakazane jest nawet dłuższe przebywanie poza swoją salą ( np. w sąsiedniej sali lub na korytarzu. To wszystko podobno w trosce związanej z zagrożeniem covidowym, ale logika kładzie się pokotem, kiedy napiszę, że na oddział w godzinach 15- 19 codziennie mogą wchodzić dowolni odwiedzający w dowolnej ilości. Reasumując, zamiast oczekiwać w domu na zaplanowaną operację, z nudów zbijałem bąki w szpitalnym łóżku, na szpitalnym, niezbyt wyszukanym - co tu kryć - wikcie.


Oddział dzieli się na trzy rodzaje pacjentów: oczekujących na operację, bezpośrednio po operacji oraz stawianych na nogi po operacji, w celu wypisania ich z oddziału. Po tygodniu "awansowałem" do drugiej grupy. Nadszedł mój dzień zero: ogolony do ostatniego włoska na ciele, ubrany jedynie w śmieszną koszulkę jednorazowego użytku, zapakowany na operacyjny wózek, znalazłem się na na sali operacyjnej. Podobno jednej z najnowocześniejszych nie tylko w Polsce, ale i w Europie.  Niestety, nie widziałem. Na swoim operacyjnym wehikule wjechałem  w coś podobnego do tunelu, moją rękę ktoś zabrał na bok, wkłuł w  nią jakieś igły i rurki, zabandażował i tyle pamiętam. Pardon, była jeszcze maseczka - zrobiłem wdech i odjechałem na całe 10 godzin. Wybudzenie było koszmarne, dusiłem się z rurą w gardle, nie mogłem oddychać, a kasłanie wywoływało potworny ból w klatce piersiowej. - Już panu do wyciągam - usłyszałem głos i złapałem wreszcie oddech. Rozejrzałem się wokół. Obok mnie z jednej strony parawan, z drugiej ściana. Jakiś stolik, na głową piszcząca aparatura, na wprost mnie biurko pielęgniarek, nawiasem pisząc wspaniałych dziewczyn, które miło będę wspominać do końca życia. Nad biurkiem duży zegar ścienny. Wskazywał 22.20. Na operację wzięli mnie w samo południe. Nie bardzo jeszcze kumałem co i jak, ale jedna z pielęgniarek poinformowała mnie, że jestem po operacji, znajduję się na OIOM-ie i operacja trwała prawie 5 godzin. No i że się cieszą z mojego wybudzenia. Ja tez się ucieczyłem, ale była to najdziwniejsza radość w moim życiu. Bo z jednej strony czułem przy każdym ruchu potworny ból w mostku, z drugiej miałem humor porównywalny chyba tylko z niemałym rauszem po kilku szklaneczkach whisky. Ponieważ zawsze upijałem się na wesoło, trzymały mi się żarty z pielęgniarkami, gadałem jak najęty, za co zresztą dostałem nagrodę - łyk wody mineralnej. Pielęgniarki zmieniały mi tylko kroplówki, a że obydwie były równie rozmowne i skore do żartów, tak przetrwałem do białego (wg. zegara) rana, czyli do zmiany pielęgniarek. Dziewczyny z porannej zmiany były równie fajne, ale miały mnóstwo roboty z innymi pacjentami, którzy akurat byli w nieco g0rszej formie niż ja. O ósmej wraz z całym sztabem medyków wszedł sam ordynator kardiochirurgii, powitał mnie słowami: "O, jaki uśmiechnięty i zadowolony pan! Oby tak dalej!  Musiało to wyglądać komicznie - ja, roześmiany, świeżo po operacji golas w łóżku przypominającym kojec dla dzieci, w zestawieniu z powagą samego miejsca i szacownej medycznej wierchuszki.  Oczywiście bylem mocno "naćpany" narkotycznymi lekami przeciwbólowymi, co miało swoje odzwierciedlenie w  pooperacyjnej euforii. 

Lubię to! Skomentuj116 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo