Jedni PRL wspominają z rozczuleniem, a inni wyklinają do żywego. Ja jestem rozdarta - PRL jako taki wspominam jako czas szaro-bury, z przewagą czarnego i wojskowego, bo moja młodość przypadła na stan wojenny. Stanie w długaśnych kolejkach po obrzydliwe pomarańcze z Kuby przed świętami było straszne i upokarzające, ale niektóre produkty kulinarne i wiele potraw z tamtego czasu uważam za świetne, doskonałe i przepyszne.
Część osób wzdraga się na samo wspomnienie jajek na twardo w sosie chrzanowym czy musztardowym - ja te potrawy uwielbiam do dziś. Może dlatego, że mama gotowała wręcz niesamowicie, a jajka gotowała na półtwardo, czyli mollet - to naprawdę robi ogromną różnicę ...
Sos - wiadomo. Drobno posiekaną cebulę (ale naprawdę drobno; w kostkę wielkości 0,001x,001 cm) szklimy na łyżce masła (nie śmiem prosić o smalec, taki z własnoręcznie pokrojonej w drobną kostkę słoniny, wytopionej bardzo powoli, ale nic nie poradzę - to jest najlepszy tłuszcz do tego rodzaju sosu); dodajemy łyżkę mąki, przesmażamy na biało. Rozprowadzamy dwiema szklankami dobrego rosołu albo np. wywaru z gotowania ozorów. Pół szklanki śmietany hartujemy wywarem, dodajemy do zasmażki. Dodajemy musztardę lub chrzan, doprawiamy solą, pieprzem i cukrem do smaku.
Jajka mollet (średniej wielkości jajka, w temperaturze pokojowej, gotujemy przez 5 minut w osolonej wodzie, po czym odlewamy i błyskawicznie zalewamy zimną wodą; po pół minucie obieramy ze skorupek) podajemy z ziemniakami pure (na ogół 2 jajka na osobę) i sosem. Bardzo dobrze do tego pasuje gotowana fasola szparagowa z bułeczką, zielona sałata z sosem winegret, surówka z kiszonej kapusty, a nawet ogórek kiszony albo korniszon.
Oczywiście sos do jajek może być pomidorowy, koperkowy, pietruszkowy, kaparowy - co kto lubi i w duszy mu gra. Może być nawet sos grzybowy; ale jajka nieodmiennie rekomenduję podawać na półtwardo, bo nie tylko są smaczniejsze od twardziochów, ale i lżej strawne. Można się nawet pokusić o jajka poszetowane albo na miękko.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)