Gdy PO zdobyła władzę w 2007 r., od razu wiadomo było, że polska prezydencja, przewidziana na drugą połowę 2011 roku, skróci kadencję obecnego Sejmu i Senatu. Zresztą, to akurat wiadome było i oczywiste już wcześniej. Sprawę z tego zdawała sobie nawet sama PO, na początku obecnej kadencji puszczając bączki na temat możliwego PRZEDŁUŻENIA kadencji. Co ciekawe, nawet zaprzyjaźnieni konstytucjonaliści żachnęli się wówczas na taką propozycję.
Wiosenny termin wyborów wskazany byłby również ze względu na fakt, że wówczas nowa partia mogłaby przyszłoroczny budżet kroić po swojemu, zamiast dziedziczyć go po poprzednikach - wraz z dobrodziejstem inwentarza.
A jednak - problem jest, i to istotny. Przede wszystkim - kampania wyborcza w trakcie prezydencji jest czymś niespotykanym, czymś, co istotnie może zakłócić tok prezydencji.
Argument premiera, że prezydencję powinni prowadzić ci ministrowie, którzy ją przygotowują, są mało poważne. Przede wszystkim - minister to urząd, nie osoba. Szanujący się kraj nie może przykrawać prioryterów pod konkretne osoby, lecz po interesy kraju właśnie.
Po drugie - jest to argument obosieczny. Ja wiem, że PO robi wszystko, żeby wygrać nadchodzące wybory. Przykrawanie okręgów, zmniejszenie finansowania partiom, które nie mają powiązania z biznesem, zakaz spotów wyborczych, który znów uderza wyłącznie w opozycję, dwudniowe głosowanie - są to działania antydemokratyczne, mające zapewnić zwycięstwo partii rządzącej.
Trzeba jednak przyznać, że łaska wyborcy na pstrym koniu jeździ i o ile wybory nie zostaną ordynarnie sfałszowane, możliwe jest jednak zwycięstwo PiS. Wtedy następiłby najgorszy możliwy scenariusz - przejęcie władzy w trakcie polskiej prezydencji, oraz związany z tym chaos, przejściowe bezhołowie i możliwa zmiana kursu.
Społeczeństwo polskie nie zdaje sobie z tego w ogromnej większości sprawy, ale UE - tak. UE od dawna naciska na Polskę, aby wybory NIE odbyły się w czasie prezydencji. Pytanie jest, jak skuteczne będą to naciski.
Latem ubiegłego roku w prasie pojawiła się króciutka informacja, że premier Tusk, wraz z całym rządem, jedzie do Brukseli, aby bronić się przed zmuszeniem Polski do wcześniejszego terminu wyborów. O wyniku nas nie poinformowano, przynajmniej ja tego nie zauważyłam, więc nie wiadomo, czyja racja była "mojsza" w tej sprawie.
Zobaczymy, czy zwycięży partyjny interes PO, czy też interes Polski.


Komentarze
Pokaż komentarze