Pani Herbert, żona poety, poczuła się urażona wykorzystywaniem poezji do celów politycznych.
Część komentatorów cmoka z zachwytem, część jest oburzona.
A ja uważam, że w słowach Pani Herbert coś jednak jest.
Gdyby tak pociągnąć tę jej myśl śmiałą nieco dalej, można dojść do naprawdę zaskakujących i chyba nowatorskich na skalę świata rezultatów.
Poeci (a i prozaicy również! Jeśli nie chcecie, by wasze wiersze były niegodnie wykorzystywane do celów politycznych, podpisując umowy z wydawcami zastrzeżcie sobie "klauzulę sumienia".
Możiwości jest doprawdy wiele, postaram się wskazać niektóre. Twórcze rozwinięcia są nie tylko mile widziane, ale wręcz nieuniknione ;D
Najprostszy typ umowy - każdy może czystać całość dzieł i wszysto cytować. Banał, nuda, sztampa.
Można też pozwolić na czytanie, ale już nie - na cytowanie.
Gorący zwolennicy jakiejś partii mogliby zadekretować, że ich książki można byłoby kupić dopiero po okazaniu legitymacji partyjnej.
Wyższa odmiana powyższego - zastrzeżenie, że również członek każdej partii, w którą przekształci się jego umiłowana, może używać sobie na twórczości do woli.
No, i wariacje powyższego - do użytku na wiecach, zebraniach partyjnych, akademiach ku czci, małych nieformalnych zebrankach ...
Jak widać, pomysł pani Herbert rodzi wiele różnorakich i niezmiernie wdzięcznych możliwości.
No, i moja kontynuacja ma tę zaletę, że to sam poeta określiłby sposób wykorzystania owoców swojej pracy.
W przeciwieństwie do obecnej sytuacji, w której spadkobierca może cynicznie wykorzystać dzieło poety niezgodnie z jego przekonaniami.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)