Oczywiście, nie uważam, że Kaczyński jest przywódcą opozycji. Sformuowania takiego użył jako (chyba) pierwszy Grzegorz Napieralski, któremu sondaże wyraźnie uderzyły bąbelkami do głowy. Która, jak z powyższego wynika, nie jest zbyt mocna ;) Bo, albowiem, Napieralski określił tak sam siebie.
Również Suddeutsche Zeitung użył sformułowania "przywódca opozycji", jednak w odniesieniu ściśle do Kaczyńskiego. Na marginesie - w tym samym artykule użyto sformułowania "media usłużne w stosunku do rządku". No, to już trudno nie przyznać, że artykuł pisany był z dużym znawstwem polskich realiów!
No, to przyjrzyjmy się, jak wygląda dalsza perspektywa dla tego "przywódcy opozycji".
Na jesieni roku 1997 (nie pamięta, czy w trakcie kampanii wyborczej, czy już upojony powyborczym sukcesem) Radek (przepraszam, Radosław, w ciągu ostatnich kilkunastu lat wydoroślał) Sikorski użył sformułowania "dorżnąć watahy", w odniesieniu do partii opozycyjnej. Muszą Państwo przyznać, że odważnie, jak na standardy "demokratycznego państwa prawa, urzeczywistniającego zasady solidarności społecznej", prawda? No, ale tak czy inaczej, spirala dopiero się rozkręcała.
Widocznie aby ułatwić "dożynanie watah", w marcu 2008 r. marszałek Schetyna odbiera ochronę Biura Ochrony Rządu "liderowi opozycji", który miał ją od roku 2005 ze względu na bliźniacze podobieństwo do Prezydenta. Uzasadnienie: ustały przyczyny uzasadniające ochronę. Tego, przyznam szczerze, nie zrozumiałam - że niby co, akurat w marcu 1998 r. bliźniacy raptem stali się zupełnie różni?
Teraz mamy rok nieustającego jazgotu i wojny polsko-polskiej, toczonej po flagą "polityki miłości" oraz "wysokich standardów". Czyli afera Misiakowa, ratuszowa, stoczniowa, Grasiowo-dozorcowa, hazardowa ... prrr, wróć, tej ostatniej nie było! I ciągłego, chamskiego, bezpardonowego nawalania, wówczas przede wszystkim w prezydenta. A to nie chciał podpisać traktatu, a to podpisał, ale nie tym piórem, co trzeba, a to nie pojechał na szczyt w Davos, choć Kwaśniewski zawsze to robił, a to pojechał na inny szczyt, zajmująć połowę stołka w rządowym samolocie ...
Dobrze, wróćmy do konkretów.
W kwietniu 2009 r. zagniął szyfrant Zielonka - człowiek, który miał dostęp do najbardziej poufnych danych. Przez dłuższy czas jego zaginięcie utrzymywane jest w tajemnicy.
Pod koniec roku 2009 (chyba nie mylę dat?) premier Tusk rezygnuje z walki o żyrandol, choć do tej pory każdy brak reform tłumaczony był koniecznością zabiegania przez premiera o głosy w walce o prezydenturę. Leming cieszył się, że murowany kandydat - Tusk - będzie się ubiegać o prezydenturę, teraz cieszy się jeszcze bardziej, że Tusk jednak nie będzie startować do walki o prezydenturę. Niezbadane są leminże ścieżki "myślenia". Wygrywa ten, którego u buków można było obstawiać od początku, choć Sikorski, zdaje się, rywalizację wziął na serio. Tak to przynajmniej wyglądało.
23 grudnia 2009 rok z zakładów w rosyjskiej Samarze wraca wyremontowany TU 154 - tak, ten, który się rozbił cztery miesiące później. Tego samego dnia popełnia samobójstwo G. Mi....wicz, wieloletni dyrektor generalny Kancelarii Premiera, osoba, która ma dostęp do wszystkich materiałów tajnych, poufnych, zastrzeżonych i nieujawnionych. Przed samobójczą śmiercią umówił się z żoną na jutro, pożartował z córką i zwierzył się przyjacielowi, że chyba zostanie zwolniony z pracy. Po czym zaczął wysyłać (daję tu wiarę Wprost) rozpaczliwe sms-y do Ministra Arabskiego. Śmierć Mi....wicza przemknęła przez media praktycznie niezauważona, a nasze dzielne Stokrotki nie są tak nietaktowne, by trudnymi pytaniami kłopotać premiera, albo choćby szefa jego kancelarii.
W styczniu 2011 do pracy w MSZ zostaje przyjęty niejaki Turowski, obecny przed śmiercią i papieża Jana Pawła II, i prezydenta "wolnej" RP. Kim był Turowski, to Państwu zdradzi mój druh serdeczny, Gugle. Turowski został zatrudniony do organizacji wizyty prezydenta w Katyniu.
10 kwietnia 2011 r. pod Smoleńskiem rozbija się rządowy samolot z prezydentem, jego żoną oraz 94 innymi osobami, w tym byłym prezydentem RP na uchodźstwie Kaczorowskim, szefami najważniejszych instytucji w państwie (nieprzychylnych PO) i kandydatami partii opozycyjnych na prezydenta.
Nie, wróć. Jednym kandydatem. Drugi - Jarosław Kaczyński - przeżył, choć początkowe doniesienia mówiły o jego obecności na pokładzie.
Śledztwo, wbrew obowiązującym przepisom, powierzono Rosji, przy okazji dekretując (niestety jednostroniie) pojednanie i pełne zaufanie do Rosji. Kilka dni temu premier Tusk powiedział, że do śledztwa prowadzonego przez Rosjan nie ma zaufania i nie miał go od początku.
Może to i dobrze, że BORowikowa ochrona został "przywódcy opozycji" odebrana, a on ma własną?
P.s. Kilka tygodni temu Prezydent Komorowski, który odegrał własną, niepoślednią, rolę w przymyśle nienawiści wobec Lecha Kaczyńskiego, zaproponował mu miejsce we własnym samolocie na obchody w Rzymie. Kretyn, czy tylko wyjątkowo bezczelny?


Komentarze
Pokaż komentarze (6)