Pewien pan z pewnej nieistniejącej partii postanowił zaistnieć jako ewentualny podmiot transferu sejmowego, zapowiadając stworzenie ustawy, która zmusiłaby Radio Maryja do zapraszania polityków z opcji ... powiedzmy .. dość odległych od zwyczajnego targetu tej stacji. Niektórzy się bardzo zmartwili, inni oburzyli, a ja spokojnie popijam kawę ;D i mam radę dla rozgłośni: Spokojnie!
Nawet, jeśli ustawa w zapowiadanym kształcie wejdzie w życie, to jeszcze nie koniec świata. Zaprosić do studia trzeba będzie, owszem, ale nie jest powiedziane, że jakikolwiek dziennikarz musi z takim zaproszonym gościem rozmawiać. Wystarczy zapowiedzieć, że w zwiąku z ustawowm obowiązkiem, kolejne piętnaście czy tam trzydzieści minut należy do, dajmy na to, posła Libickiego, a następna audycja, już nie wymuszona przez państwo, rozpocznie się o godzinie .... Dać mu mikrofon, szklankę z wodą, i ... usiąć naprzeciw gościa, bacznie go obserwując. Moherowe babcie mają pół godziny na przygotowanie obiadu dla wnuka.
Gość będzie musiał radzić sobie sam.
Przygotowany na gorącą polemikę, zderzy się z murem milczenia. Oczywiście, może wygłosić przemówienie. Czemu nie? Nikt mu nie będzie przerywać, więc gadać sobie może aż do końca wyznaczonego czasu.
Jednoosobowo trudno się kłócić, a wygłaszanie speechów na tematy polityczne, z natury rzeczy, jest równie porywające, jak - na ten przykład - PRL-owski program "Nowoczesność w domu i w zagrodzie".
Myślę, że w krótkim czasie jedynym problem rozgłośni byłaby możliwość zwabienia do siebie jakiegokolwiek posła partii, której nie ma ...


Komentarze
Pokaż komentarze (3)