Jak wiadomo, Pan Edmund Klich został polskim akredytowanym przy MAK w zdumiewająco niejasnych okolicznościach. W sobotę, tuż po katastrofie, zadzwonił do niego Pan Morozow - zastępca Pani Anodiny - i przeprowadził z nim rozmowę. W wyniku tej rozmowy Pan Klich natychmiast wsiadł w samochód i pojechał do Warszawy, chociaż - jak to beztrosko stwierdził - już wtedy wiedział, że będzie problem, bo samolot był wojskowy, a jego komisja bada wypadki cywilne.
W tym miejscu trzeba bardzo wyraźnie podkreślić, że rola polskiego akredytowanego przy MAK była niezmiernie istotna. W myśl załącznika nr 13 do Konwencji Chicagowskiej, była to jedyna osoba ze strony polskiej, która miała szeroki, niczym nieograniczony, dostęp do rosyjskiego dochodzenia.
Śledziłamn medialną karierę Pana Klicha z dużym zainteresowaniem i nie mniejszą podejrzliwością. Pan Klich w mediach kolportował wszystkie - WSZYSTKIE - kłamstwa rosyjskiej propagandy. Kto nie wierzy, niech sprawdzi jego występy u Pani Olejnik i w innych "zaprzyjaźnionych" stacjach. Między innymi z uporem maniaka forsował tezę, że piloci "jak zahipnotyzowani" dążyli do lądowania za wszelką cenę oraz pewnik o zderzeniu z brzozą. Na pytanie, czy brzoza była badana, żachnął się, że no po co? Przecież skoro walnęło, to się urwało .... (skrzydło).
Po wygranych przez Bronisława Komorowskiego wyborów prezydenckich nasz tytan intelektu zauważył od niechcenia, że posiada wiedzę, która ujawniona - mogłaby zmienić wynik wyborów.
Rok temu wybuchła afera podsłuchowa - kolejna już za rządów partii miłości. Tym razem jednak to nie służby podsłuchiwały obywateli, lecz Pan Edmund Klich podsłuchiwał swoich rozmówców - między innymi ówczesnego ministra Obrony Narodowej, Klicha Bogdana, który miał go przekonywać do przyjęcia wersji "naciskowej".
Ale Klich podsłuchiwał nie tylko Klicha, lecz WSZYSTKICH. I nagrywał to. Jako swoistą polisę przed zbiorowym samobójcą? Czy raczej jako narzędzie szantażu?
Inaczej sprawę ocenił Pan Cichocki, Minister Spraw Wewnętrznych. Uznal, że Pan Edmund Klich może być .... rosyjskim szpiegiem. I zarządził, aby odpowiednie służby to sprawdziły.
Bardzo proszę Szanownych Czytelników o skupienie, możliwie jak najgłębsze. Postaram się wyjaśnić, czemu włłos jeży mi się na karku, a zęby rosną jak strzydze.
Pan Edmund Klich został przez stronę rosyjską (tak to chyba należy rozumieć) wyznaczony na polskiego akredytowanego. Jako akredytowany, Pan Klich przysłużył się Polsce możliwie jak najgorzej. (Może bardziej zaszkodzić po prostu już nie mógł).
I ten Pan Klich jest przez MSW podejrzewany o to, że jest ruskim szpionem ...
Przez rok żaden dziennikarz - ŻADEN - nie zainteresował się sprawą tak fundamentalną, jak to, czy polskim akredytowanym przy MAK nie był przypadkiem ruski szpion!!!!!
I ja mam uważać za bohaterów palanta, który potrafi odkryć, że na wraku, który przez ponad dwa lata leży w bezpośrednim oddziaływaniu osób żywo zainteresowanych mataczeniem, potrafi pogrzebać w życiorysie sprawnego intelektualnie inaczej sędziego, a nie potrafi zadać absolutnie podstawowego pytania organom władzy państwowej?
Litości ......



Komentarze
Pokaż komentarze (20)