Po aferze trotylowej, jak większość chyba czytelników, rozstałam się z "Uważam rze".
Duże nadzieje, przyznaję, wiązałam z zapowiadanymi tygodnikami" "W sieci" i "Do rzeczy". Niestety, ten pierwszy to było bardzo bolesne rozczarowanie. Tak idiotycznego pisma mogłabym się spodziewać po młodocianych lewakach, ale nie po prawicowych, doświadczonych dzinnikarzach!
"Do rzeczy" roczarowało na samym początku - tak kretyńską okładkę zaprojektował "autorom niepokornym" chyba jakiś ukryty, a bardzo zajadły wróg. No, ale przecież nie osądzam czasopisma po okładce, tylko po treści ...
Zestwa nazwik, jakie funduje "Do rzeczy", robi wrażenie. Niestety, treść przynosi praktycznie wyłącznie rozczarowania ... Kilka tygodni temu pisałam, że daję tygodnikowi kredyt zaufania. Przyznaję, że redakcja (przypadkiem lub nie) spełniła moje życzenie, aby Pan Semka przestał redagować rubrykę kulinarną. Niestety, Semka został zastąpiony przez Cezarego Gmyza ...
Pewnie Państwo pomyślą, że ja nie lubię Gmyza. Otóż - jest dokładnie odwrotnie. Cenię tego dziennikarza, podobnie jak Bronisława Wilesteina, za osobistą odwagę, która owocuje (w obu przypadkach) tym, że władzy nieco trudniej jest robić nas w balona. Do dziś pamiętam, jaikm hartem ducha wykakał się Pan Gmyz w trakcie afery podsłuchowej. Niestety, nie są to zalety, które pozwoliłyby Panu Gmyzowi ciekawie pisać o jedzeniu ...
Jego tekst (przez samego autora,chyba przez nieznajomość rzeczy, nazwany "felietonem", przynosi nam kilka ważkich informacji: najlepsze śledzie autor jada w Holandii, Polacy porzucili śledzie z beczki na rzecz gotowców, z czystego lenistwa (jak rozumiem, wszystkie pozostałe nacje raczą się WYŁĄCZNIE śledziami z beczki, tylko te Polaczki jakieś takie leniwe), cebulę dusi się w wodzie, ziarna pieprzu dodaje się pod koniec gotowania .... Litości!
Ja wiem. Czasy są ciężkie. Kryzys ante portas, czytelnictwo spada, konkurencja rośnie, i najlepiej chałturzyć własnymi siłami, bo to najtaniej (coś, jak budowa domu w PRL-u: budował tatuś z mamusią, szwagier pomagał, kiedy mógł, a teść-księgowy uchodził za majstra budowlanego ....) Mnie, przyznam, taka amatorszczyzna mierzi. Naprawdę, wypadałoby odżałować kilka złotych na kogoś, kto o jedzeniu napisze i ciekawie, i kompetentnie ... Inaczej, jak przewiduję z rezygnacją, następnym krokiem redaktora Gmyza będzie udział w "Tańcu z gwiazdami" - jeśli takowy kiedykolwiek będzie emitowany w "naszej" telewizji ...
Szczerze powiedziawszy, w całym tygodniku warte przeczytania są tylko dwa wywiady: z Piechcińskim i z Macierewiczem. Reszta - to albo odgrzewane kotlety blogerskie, albo choćby autoplagiat (jak choćby Ziemkiewicz w tekście "Nie masz frajera nad cwaniaka". Dobry, dowcipny tekst, ale czytałam to samo u tego autora już wielokrotnie ...
Reszta - to absolutna nędza intelektualna, wtórność, wyjałowienie, ślizganie się po powierzchni zjawisk.
Dobitny przykładem takiego intelektualnego badziewia jest artykuł Piotra Zychowicza "Westerplatte bez retuszu", w którym autor broni scen, które w złym świetle pokazują polskich żołnierzy. "Bo to jest prawda historyczna, to się zdarzyło naprawdę!". Doprawdy, trzeba być wyjątkowym naiwniakiem lub nielotem (wiecie, można zostawić otwarte okno - on nie orzeł, nie wyleci ...), żeby film historyczny mylić z dokumentalnym ... Wszystkie szanujące się nacje kręcą filmy propagandowe, nazywają je "historycznymi" i w ten sposób budzą szacunek u innych, zaś u własnych obywateli - patriotyzm, a u nas recenzent filmowy domaga się, żeby film historyczny był "prawdziwy", nawet jeśli w rezultacie przynosi to szkody wizerunkowi Polski ... I dziwić się, że przy takich tuzach intelektu mamy na świecie opinię żydożerców, których ulubioną rozrywką jest palenie sąsiadów w stodołach? .... Podejrzewam, że gdyby Pan Zychowicz żył w czasach Sienkiewicza, to za "W pustyni i w puszczy" czy ""Ogniem i mieczem" nie zostawiłby na autorze suchej nitki, bo ten, ku pokrzepieniu serc, naginał rzeczywistość do własnych potrzeb ... a właściwie - potrzeb Polski.
Ogromny żal, że tak wartościowi publicyści, jacy stanowią zespół redakcyjny "Do rzeczy", tworzą tak banalny, nijaki, słabosilny intelektualnie tygodnik. A przecież nam, prawicowcom, porządny tygodnik należy się jak psu zupa! Dlaczego dobrzy autorzy nie potrafią napisać dobrego tekstu, o naprawdę ważnych sprawach?
Dlaczego, zamiast błachago artykułu Pani Baranowskiej o śledztwie smoleńskim, nie możemy przeczytać wywiadu z Edmundem Klichem, Jerzym Millerem, Tomaszem Arabskim, w którym padałyby trudne dla nich pytania? Choćby o zaginioną mapę satelitarną od Amerykanów? Albo o to, co miał na myśli Edmund Klich, mówiąc, że gdyby zdradził swoją wiedzę ze śledztwa między pierwszą turą wyrobów prezydenckich, a drugą, to wynik tych wyborów byłby zupełnie inny?
Zamiast kilkunastu stron recenzji filmów, książek, płyt, mody, gadźetów elektronicznych itp. chętnie przeczytałabym rzetelną analizę programu prof. Glińskiego. Nie od rzeczy byłoby też zrobić poważny artykuł na temat bilansu zysków i strat z naszej obecności w Unii, podparty liczbami. Nieprzesadnym wymaganiem jest też chyba prośba, aby uważnie pochylić się nad naszym tryumfem w kwesii budżetu unijnego - próbowała to robić Eska, ale przecież ona nie jest dziennikarką i nie ma dostępu do tych materiałów, które dziennikarze mają w zasięgu ręki.
Jednym słowem - "Do rzeczy", w przeciewieństwie do "W sieci", przez jakiś czas będę jeszcze kupować. Naprawdę, chłopcy i dziewczęta, daję wam kolejny kredyt zaufania. Nie zmarnujcie go! Bo zaprawdę powiadam wam, że chociaż skromna ze mnie blogerka, to jakiś tam, minimalny, wpływ na swoje otoczenie, mam. I jeślidalej będziecie mnie olewać, jako czytelnika (a tak to wygląda z mojej perspektywy), to po prostu przerzucę się na Gościa Niedzielnego.



Komentarze
Pokaż komentarze (15)