Niewiele jest chyba osób w Polsce, które nie miałyby pojęcia, jak wygląda dochodzenie przyczyn katastrofy samolotowej. Nieliczni, fachowcy, wiedzą to z własnych doświadczeń; inni - choćby z cyklu "Katastrofa w przestworzach".
Znakomita większość osób w Polsce zdaje sobie również sprawę z tego, że ze śledztwa smoleńskiego zrobiono sobie jaja dużego kalibru. Sporo osób zadaje sobie pytanie: dlaczego?
A przecież odpowiedź jest jasna i arcyboleśnie prosta. Różne kajzery, nudne-teorie i bolbochany wyjawiły nam ją praktycznie pierwszego dnia po katastrofie: "Po co badać, skoro wiadomo, że to był CFIT?".
Rozumowanie boleśnie wręcz postackie, naigrawające się zarówno z wiedzy, jak i doświadczenia oraz zdrowego rozsądku, ale ... na swój, prymitywny, sposób - jakoś tam kogiczne.
No, bo skoro, jak twierdził śp. generał Petelicki, niemal natychmiast po katastrofie rozsyłano słynne sms-y, że winni są piloci i należy tylko ustalić, kto ich do tego nakłonił, to rzeczywiśie .... badać można tylko psychologiczny aspekt katastrofy. Naciskowy.
Jasne, że w sytuacji, gdy natychmiast po katastrofie (a może nawet i ciut wcześnkiej, kto wie, zdolności prekognicyjne tego rządu są oszałamiające) wiadomo było, że to "zwykła katastrofa" i nawet wiadomo było, komu przypisać winę, to co tu badać?
Oczywiście, każdego, kto z wdziękiem ruskiego niedźwiedzi upiera się, że "skoro wiadomo, jaka była przyczyna, to nie ma co badać", łatwo zidentyfikować jako osobę działającą wbrew polskiej racji stanu. Mam nadzieję, że nazwiska i nicki tych osób pozostaną we wdzięcznej pamięci pamięci potomnych - po to, by w swoijm czasie odwdzięczyć im się tak, jak na to zasługują.



Komentarze
Pokaż komentarze (174)