Zapewe będzie to moja najkrótsza notka, bo też i nie ma o czym pisać - tak rzecz jest zarówno oczywista, jak i obrzydliwa.
Ostatnie dni przyniosły nam dwie wiadomości: po pierwsze, były polityk (prominentny) obecnej partii rządzącej, w wyniku procesu, ma zapłacić 350 000 zł. Zważywszy na fakt, że pan Rokita w polityce działał dość długo, a potem jeszcze zarabiał lepiej, niż przyzwoicie, jako publicysta - na biednego nie trafiło.
Mimo wszystko, koledzy-politycy i koledzy-dziennikarze celebryty już ogłosili "ściepę", jak to był uprzejmy określić pan Gmyz, na ratowanie Rokity.
Tego samego dnia, której nastąpiła ruina majątkowa pana Rokity, jak mi się wydaje, pod Kancelarią Premiera samopodpalenia dokonał niemłody mężczyzna. Motywem jego straszliwego kroku była bieda. Po urazie kręgosłupa od pięciu lat nie może znaleźć pracy, a o zasiłkach to przecież pisałam nie tak dawno, prawda? No więc - bieda. Ta prawdziwa, nie celebrycka, gdzie trzeba się ograniczyć do kawioru czerwonego, zamiast szarego.
Pies z kulawą nogą nie wyraził zainteresowania jego losem, choć, jak przypuszczam, w jego przypadku nie byłaby konieczna kwota aż tak duża, jak w przypadku pana Rokity.
Niniejszym deklaruję, że jeśli ktoś z braci blogerskiej - a wiem, że są tu osoby zarówno dobre organizacyjnie, jak też obdarzone wielkim sercem - zechce zorganizować nie ściepę, lecz zbiórkę na rzecz tego nieszczęśnika, to ja się dołączam natychmiast.
Bo dziennikarze i politycy limit swojego łatwego miłosierdzia wyczerpali na przypadek Jana Rokity - co jest i dobrym uczynkiem, i może zaprocentować w przyszłości, gdyby polityk ów jeszcze kiedyś znalazł się na fali wznoszącej.




Komentarze
Pokaż komentarze (6)