Nie wiem, czemu w tym roku, pierwszy raz w życiu, zainteresowałam się austriacką wersją "Mojego pięknego ogrodu". Najprawdopodobniej złośliwość losu, no, bo cóżby innego? Oczywiście, natychmiast podniosłam sobie ciśnienie, ale z drugiej strony - zakupu nie żałuję. Dzięki niemu wiem, że naprawdę jesteśmy traktowani przez zachodnie koncerny jak kraj, którego mieszkańcom można wcisnąć paciorki i perkal ...
Polska wersja miesięcznika liczy sobie stron 66, na zwykłym, cienkim papierze. Austriacka - 114, na pięknym papierze kredowym. Format "Mein schoner garten" jest o kilka centymentrów większy, niż naszej wersji; większy, i to znacznie, jest też druk. Powoduje to, że austriacką wersję czyta się bardzo "friendly", polską zaś - z trudem. Zwłaszcza, że czasopisma o tematyce ogrodniczej nieco częściej czytają osoby w pewnym już wieku, niż nastolatki ...
Dobór materiałów w obu wydaniach jest nieco różny, i nawet artykuł na ten sam temat, jak oświetlenie, w obu trochę się różni. W polskiej wersji rzecz potraktowana jest skrótowo; brak jest np. płonących polan czy niby-świec na olej, które bardzo nam się spodobały w austriackich restauracjach. Być może tych rzeczy jeszcze nie ma w polskich sklepach, ale w dobie internetu to chyba nie jest zaporą nie do przebycia? ...
A teraz cena: polska wersja - 4,50 zł, zaś austriacka - 3,80 euro. Przeliczyłam to sobie na chleb i wyszło mi, że za polski "MPO" można kupić jeden niezły chcleb, a za "MSG" - jeden niezły chleb ... Jednym słowem - w Polsce za mniej i gorzej trzeba zapłacić tyle samo, co w Austrii za więcej i lepiej ....
Nie uważam jednak, że winna jest polityka "Burdy". Winię nas, Polaków, a zwłaszcza siebie, że nie sprawdziłam wcześniej takich rzeczy i pozwalam sobie wciskać kit. Aż do teraz - więcej "Mojego pięknego ogrodu" nie kupię, dopóki nie dorówna swojej austriackiej wersji. Ostatecznie, mamy na rynku całkiem sporą konkurencję, bo to i "Kwietnik", i "Magnolia", i "Działkowiec", i "Ogrody" ... Jest w czym wybierać! ...
A jeśli już chodzi o ceny i badziewność, to przykład kolejny: za winietę na austriackie (wszystkie!) autostrady zapłaciliśmy 8 euro, i mogliśmy za to jeżdzić przez ponad tydzień po (przypominam) wszystkich drogach. Za autostrady niemieckie, jak wiadomo, nie płaci się w ogóle, a z tego, co pamiętam (kilka lat tamtędy nie jechaliśmy) za winietę słowacką płaci się równowartość 200 zl - z tym, że na rok ... Mniej więcej podobnie wygląda cena winiet czeskich. My za podróż autostradą A2, od granicy niemieckiej aż do Warszawy, zapłaciliśmy: 33 zł + 15 zł + 9,90 zł - razem prawie 60 zł. Za jedną autostradę na jeden dzień. Potrzebny jest komentarz? ... Może jednak tak: austriacką winietę kupuje się raz; na A2 za każdy odcinek płaci się osobno, co powoduje, że trzeba się zatrzymywać 6 razy. Prawda, że to bardzo skraca podróż? ...
Ostatnia badziewność, jaką chciałam poruszyć, to artykuł pana Piotra Semki w ubiegłotygodniowym wydaniu "Do rzeczy", który to tygodnik kupiłam zaraz po powrocie do Polski. Długa podróż samochodem zawsze mnie ogłupiała ... Artykuł ma tytuł "Bretania naleśnikowa" i zawiera przepis na, jakżeby inaczej - naleśniki. Według Pana Semki, potrzebować będziemy: 250 gramów mąki gryczanej, łyżeczkę soli, 5 ml wody, jednego jajka i dwóch łyżek oleju. Ponieważ naleśniki potrafi zrobić akurat i mój mąż, i syn, więc jak im to na głos przeczytałam, to mieli prawdziwy ubaw. Syn zauważył, że te 5 ml wody to może pomyłka, a tak naprawdę chodzi o dawkowanie syropu, a mąż wyraził przypuszczenie, że najpewniej chodzi o nowatorską recepturę na beton :)
Cóż - na drugi raz będę bardziej czujna i tego badziewia nie kupię. A już wyłącznie z litości, z dobrego serca, podpowiem osobom, które miałyby ochotę wypróbować przepis na naleśniki według Pana Semki: 5 ml to jest łyżka. Na szklankę mąki potrzebujemy zaś około szklanki płynu - najczęściej mieszanki wody i mleka ....




Komentarze
Pokaż komentarze (2)