Animela Animela
331
BLOG

Pocztówka z podróży do PRL

Animela Animela Rozmaitości Obserwuj notkę 8

 (To NIE jest tekst na konkurs!)

 

           Dzisiejszy tekst Starego Wiarusa poruszył we mnie to coś semtymentalnego, o czym nawet nie wiedziałam, że to mam ... W dodatku, czystym zbiegiem okoliczności, w moje ręce wpadł zeszyt z przepisami mojej Mamy. Obie z siostrą polowałyśmy na niego od dawna, ale Ojciec nie był skłonny do "pożyczki" - aż wreszcie dał się ubłagać. W ten sposób, małymi kroczkami, zanurzyłam się w świecie bardzo słusznie minionym - czasie mojego dzieciństwa i wczesnej młodości - w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

           Końcówka lat siedemdziesiątych to już był  szybki ślig w stronę kryzysu. Jeszcze niby coś tam można było w sklepach kupić, ale już coraz większym nakładem sił, Sklepy komercyjne, które miały opanować sytuację przynajmniej w zakresie mięsa i wędlin, wywindowały ceny niebotycznie, a towaru jakoś nie przybyło ....

           Natomiast ósma dekada to od samego początku czysta rozpacz. Kartki, kolejki, braki, kolejne kartki ... Masło, mięso, wędliny, cukier .... sama już nie pamiętam, co jeszcze. Kawa to był towar raczej nieoglądany w naszym domu; herbata - pamiętam Ulung i jakieś dwie-trzy nazwy, z których rodzice robili mieszanki do parzenia w czajniczku - nigdy inaczej. I muszę przyznać, że lepsza była tamta tania, z trudem zdobyta herbata, niż obecne torebkowe (do dziś mam sentyment do mieszanek herbat i czajniczka).

           Czekolada była w sklepach niedostępna. Można było za to kupić tzw. "wyroby czekoladopodobne" - Bóg jeden wie, z czego zrobione ... W ogóle, słodycze lat osiemdziesiątych to był trudny temat, choćby ze względu na nikłą dostępność masła. Nie mam pojęcia, jak sobie radziły dobre cukiernie, ale ciasta dostępne na prowincji zwykle pachniały zjełczałym tłuszczem, obrzydliwymi aromatami i były przesłodzone - chyba w ramach rekompensaty ...

           Gdzieś poznikały ryby, które pamiętam z dzieciństwa. Nie wspominam już nawet o halibucie, bo to oczywistość, ale nawet beczki ze śledziami, które kiedyś stały nawet w najmniejszym, GS-owskich sklepie, pochowały się ze wstydu ... Doprawdy, satyrycy niewiele przesadzają, jeśli wspominają wiecznie obecny w sklepach ocet - i nic więcej!

            W tej sytuacji panie domu jakoś musiały sobie radzić praktycznie jak w dziewiętnastym stuleciu. Podstawą była pomysłowość i pracowitość, oraz dobre przepisy. Moi rodzice od samego początku sezonu wegetacyjnego suszyli, kisili, smażyli, marynowali ... co tylko się dało - i oczywiście nie tylko oni. Do dziś pamiętam w piwnicy regał zrobiony przez mego ojca, a przeznaczony na przetwory. Bo to przecież i ogórki kiszone, i marynowane, papryka zaś - tylko marynowana. Pomidory przerabiało się na przeciery i soki. Z truskawek robiło się dżemy i kompoty, podobnie - z jabłek. Oczywiście, czarne jagody i leśne jeżyny (ostatecznie - leśne) w postaci soków, z buraczków była korzyść w postaci ćwikły ... Fasolkę szparagową i kalafior robiło się w słonej zalewie (wstyd się przyznać, ale fasolkę szparagową do dziś wolę z zalewy, niż świeżą!). Wiśnie na dżem się drylowało, na kompot - nie. Grzyby nie tylko się marynowało i suszyło, ale również robiło "na słodko" - czyli znów obgotowane grzyby lądowały w słonej zalewie .... A, jeszcze kompoty i dżemy z różnych śliwek przecież!

             Do tego jeszcze kiszona kapusta, którą rodzice robili w glinianym, polewanym garnku (świetnie się w nim obecnie uprawia pomidory :), a potem przekładało się do słoików.

              Jeśli dodam, że wiele z tych warzyw (choćby pomidory, ogórki i fasolę szparagową) rodzice uprawiali w przydomowym ogródku, to słów brakuje, gdy się przypomni tę piwnicę z setkami - dosłownie! - słoików z przetworami ....

              Przeglądając zeszyt Mamy, trafiłam na "słodki salceson". Nie był to mój ulubiony wyrób ... Wolałam już coś, co było "zbudowane" z herbatników z jakąś masą w środku i miało kształt trójkątny. Przypominam też sobie ciasto z olejem zamiast masła - które było, przypominam, na kartki - i co niektórym wydawało się odrażające, a jednak ... Trzeba było jednak trafić na dobry olej, nieskoerukowy i mało śmierdzący ... O oliiwie można było, rzecz jasna, tylko pomarzyć!

              Przypominam też sobie kilkakrotne robienie cukierków w domu (ale nikt się nie zachwycił), robiło się też coś w rodzaju czekolady. Bardzo "a la" ...

               Acha - pomarańcze były prawdziwym, cudownym rarytasem .... Częściej dostępne były zielone, kwaśne i gorzkie, kubańskie niby-pomarańcze. Kto wie, czy nie były trujące ....

               I tylko jak sobie przypomnę te w święta suto załadowane stoły ... A zwłaszcza przyjęcia imienionowe pań i panów domu, gdzie, oprócz tradycyjnych zestawów wędlin, sałatek jarzynownych, bigosu, tatara, śledzia po japońsku i tortu - zawsze się pojawiały jakieś specjalne dania pani domu, na które ona nigdy nie mogła sobie przypmnieć dokładnego przepisu ....

             .... to prawie - ale tylko PRAWIE - chciałabym krzyknąć: "Komuno, wróć!".

Animela
O mnie Animela

Jestem człowiekiem - przynajmniej się staram.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (8)

Inne tematy w dziale Rozmaitości