Właśnie jestem w trakcie lektury - a zwłaszcza oglądania - "Smaku". Ten pięknie wydawany kwartalnik jest jeszcze nowością na naszym rynku, ale już zdążył nawiązać do nowej mody, czyli zbierania dziko rosnących roślin.
W Polsce znanym propagatorem zbieractwa jest Pan Łukasz Łuczaj - sam w sobie bardzo modny :) Można u niego wykupić lekcje swoistego zielnego "survivalu". Kiedy się bliżej wczytałam (a o Panu Łukaszu można też było przeczytać choćby w "Kuchni"), stwierdziłam, że z jednej strony moda na "dzikie" jest fajna, a z drugiej - dość żenująca.
Jak się okazuje, istnieją grupy, które - niezależnie od p. Łuczaja - eksplorują stare, zaniedbane działki. Można na nich znaleźć, co oczywiste, wiele drzew i krzewów oraz innych roślin, które bez opieki zdziczały. Czy to jednak naprawdę można nazwać "zbieractwem dzikich roślin"? ....
Wychwałam się na wsi. a moja babcia ze strony taty była niezrównaną znawczynią ziół. Bardzo lubiłam chodzić z nią na spacery połączone z wyszukiwaniem najbardziej wartościowych roślin, połączone z lekcjami bilologii, które przyswajam zupełnie jakoś "samochcąc". Babcia sama zbierała pędy młodej sosny, które gotowała z cukrem na syrop przeciwkaszlowy. Z zasuszonych kwiatostanów lipy robiła rozgrzewające napary. Od niej się nauczyłam, że owoce leśnej maliny to nie tylko świetny sposób na przeziębienie, ale również na ból głowy. Z owoców czarnego bzu babcia robiła roki, też na przeziębienie. Rumianek, dziewanna, dziurawiec ... Nie tylko trzeba było nauczyć się odróżniać jeden kwiat od drugiego, ale też wiedzieć, o jakiej porze roku i dnia zbierać.
Potem już samodzielnie wyszukałam w wilgotnych zaroślach dzikie czerwone porzeczki, które służyły albo na soki, albo na wino. Wino robiło się też z kwiatów chabra - i było różowe, choć chabry są błękitne. Owoce czarnej jagody przerabiało się na soki lub kompoty, z borówek robiło się kwaśny dżem do mięs, poziomki - postawione w dużym słoju w ciepłym miejscu i zasypane cukrem - stopniowo uwalniały z siebie sok, którego smak i aromat nie miał sobie równych.
Z owoców głogu robiło się wyśmienitą marmoladę. Jeżyny służyły jako surowiec do wyrobu soków, dżemów i kompotów - a trzeba wiedzieć, że są dwa rodzaje jeżyn: leśne i polne - i te pierwsze są o wiele smaczniejsze. Młode liście komosy, na wiosnę, zastępowały szpinak - raczej wówczas niedostępny.
Oczywiście, szczaw można było uprawiać w ogódku, albo wybrać się po niego na łąkę - ja zawsze uważałam, że ten łąkowy jest smaczniejszy.
Nie lubiłam natomiast przysmaku mojej mamy, czyli "ulęgałek". Są to drzewa, które żyją chyba w symbiozie z miedzami, bo zawsze tylko tam je widywałam (... na niej z rzadka ciche grusze siedzą). To, co Mickiewicz i moja mama nazywali gruszą, tak naprawdę jest nieszpułką. Podobno jest to drzewo pochodzące z okolic śródziemnomorskich. Nie chce mi się w to wierzyć - moim zdaniem jest to najbardziej typowy element mazowieckiego krajobrazu. Ulęgałki prosto po zebraniu nie nadają się do jedzenia - muszą przez jakiś czas się uleżeć, stąd nazwa. Dojrzały owoc ma barwę, konsystencję i zapach przejrzałego owocu. Bleeeee!
No, o grzybach to chyba nie muszę wspominać - suszone, marynowane, kiszone czy robione "na słodko" bywają miłym, a czasami - koniecznym - urozmaiceniem potraw.
Kwiatosnany "akacji" - czyli robinii - doskonałe są smażone w cieście. Dzieci lubią jeść pączki lipy, ale to raczej taka skala "mikro", nie na przetwory. Aha, z mniszka lekarskiego można zrobić ni to gęsty sytop, ni to miód. Owoce jarzębiny, po pierwszych przymrozkach, nadają się na dzęmy. No tak, płatki dzikiej róży nadają się na piękny przecier lub konfiturę, dżemy zaś robi się z jej owoców.
Zastanawiam się, czy coś jeszcze przychodzi mi do głowy, ale chyba to już raczej koniec. Tak czy inaczej, choć od czasu do czasu zamieniam się w "kobietę modną" i wybieram się na grzyby czy jeżyny, to to szkoły zbieractwa się nie zapiszę.
Bez fałszywej skromności - chyba sama mogłabym być nauczycielką :) A może ktoś jest lepszy i ode mnie, i od Pana Łuczaja? ...




Komentarze
Pokaż komentarze (30)