Przyznam się Państwu do pewnej słabości: od czasu do czasu lubię obejrzeć "Kuchnię Polską" - zwłaszcza, że nie jest to czynność zbyt ambarasująca. W tle leci "Kuchnia", ja w tym czasie coś czytam, piszę lub po prostu krzątam się po kuchni. Właściwie - trudno to nazwać oglądaniem :) Odcinek z Panem Piotrem Semką obejrzałam z czystej ciekawości - jak też osoba, która pisuje felietony kulinarne, czuje się w kuchni. Cóż - najlepsze, co można o tym napisać, to NIE napisać nic. Rzetelne recenzowanie tego odcinka byłoby okrucieństwem wobec gościa, który był wyraźnie niedysponowany, a ściemniać nie lubię.
Natomiast muszę przyznać, że odcinek z p. Piechocińskim obejrzałam z nastawieniem "będzie super ubaw". Bo to dziennikarz śledczy, który go przyciśnie, w dodatku PSL ...
Otóż - przyznaję, że jest to najlepszy odcinek z dotychczasowych.
Pan Piechociński od razu był na wygranej pozycji, bo przyniósł do studia produkty (na marginesie - zrobić w jednym odcinku risotto z grzybami, a w następnym - makaron z grzybami, to ... po prostu słów brak na taką różnorodność! :)) w postaci grzybów, więc jako darczyńca miał prawo oczekiwać pewnych względów:) Od samego początku też zdominował rozmowę w sposób bardzo lekki i niewymuszony. Po prostu - mistrzostwo. Przyjemnie było patrzeć, jak podsuwał prowadzącemu tematy do rozmowy, jak na przykład z gazem ... I tak było aż do samego końca programu. Gość narzucał tematy i tempo, a prowadzący od czasu do czasu rzucał jakąś kwestię, którą stary polityczny wyga obracał na swoją korzyść. Rzadko widuje się coś takiego poza tvn, gdy dziennikarze zapraszają "zaprzyjaźnionych" politykow.
Od razu zaznaczę, że nie podejrzewam, by panowie byli w tym sensie "zaprzyjaźnieni". Absolutnie nie. I piszę to naprawdę szczerze.
Zaraz na samym początku włączyłam obraz i bardzo uważnie przyglądałam się, z jaką swobodą Pan Piechociński wekslował rozmowę na przyjazne dla siebie tory :) Trzeba też przyznać, że był do tej rozmowy świetnie przygotowany (chyba w przeciwieństwie do prowadzącego) i nawet na moment nie stracił rezonu (no, chyba że panowie wcześniej się umówili, jaka będzie treść pytań - ale to by chyba było zbyt grubymi nićmi szyte ...). Wiedział dokładnie, co chce powiedzieć, i to powiedział. Nawet z "podchwytliwych" pytań wyciągał dla siebie korzyść, dyskredytując albo poprzednie rządy, albo obecnych przeciwników politycznych. Po prostu - dostał kilkadziesiąt minut na autopromocję, i wykorzystał ten czas w sposób mistrzowski.
Z ciekawości aż zajrzałam do Wiki, żeby sprawdzić, jakie wykształcenie ma Pan Piechociński. Wiki mi odpowiedziało, że Szkoła Główna Planowania i Statystyki - obecnie SGH - ukończona w roku 1987. No tak, to jest widoczne. I to, że właśnie renomowana SGH, i to, że jeszcze w 87. To widać, słychać i czuć - również w doborze słownictwa, na co jestem wyczulona.
Po tym doświadczeniu uważam, że politycy goszczący w "Kuchni Polskiej" powinni stacji płacić za reklamę grube pieniądze, bo żadna agencja PRowska nie zrobi im tak dobrze, jak "Kuchnia Polska" (jeśli pomysł zostanie wykorzystany, to upominam się o 10%!) :)
P.s. W moich okolicach na kozaki mówi się koźlarze, a na czerwone koźlarze - osaki. Kilkudziesięciu kilo grzybów zazdraszczam serdecznie, ale kilka kilo też udało mi się zebrać, więc zazdrość nie przerodziła się w zawiść :) bo jest to bardzo zgubne uczucie!




Komentarze
Pokaż komentarze (13)