Chrześcijaństwo przez wieki było religią nawracającą. Misje, krucjaty, podboje w imię krzyża – tak, trzeba przyznać, że takie rzeczy miały miejsce. Owszem – czasy były inne, to też prawda. Nie przypadkiem hasło „memento mori” odgrywało w średniowieczu tak wielką rolę kulturową: o śmierć było bardzo łatwo. Niemniej – przez stulecia chrześcijaństwo było religią – nie bójmy się tego słowa – nawracającą. Od pewnego czasu rzecz ma się dokładnie odwrotnie: nie ma mowy o misjonarstwie. Chrześcijaństwo jest w odwrocie. Coraz mniej kościołów, coraz mniej święceń, coraz mniej wiernych. Czy to dobrze?
Ja uważam, że źle.
Religia zawsze i wszędzie odgrywała olbrzymią rolę społeczną. Elita sprzed wieków, choć czasem sama niewierząca, kultywowała wiarę przodków we własnym (i poddanych) interesie. Jest oczywiste, że lud nabożny, zachowujący przykazania, ma o wiele mniejszą skłonność do kradzieży czy morderstw, niż osoby niewierzące. Trzeba też podkreślić, że porządkującą rolę religii doceniało wiele cywilizacji, nie tylko łacińska.
Od ponad stu lat tak zwane „elity” pracowicie podkopują fundament, na jakim posadowiony jest nasz świat, starając się nawrócić jak najwięcej osób na anty-wiarę. Rezultaty są widoczne gołym okiem: wystarczy przyjrzeć się statystykom pobić czy nawet morderstw dzieci. Brutalizacji młodzieży (zwłaszcza dziewcząt). Wynaturzenia w rodzaju „człowieka”, który urządził sobie rajd wśród ludzi, różnego rodzaju Breiwiki …
Taki rezultat był przecież do przewidzenia. Człowiek jest, jaki jest – niestety, ludzie nie są aniołami, i jeśli nie wisi nad nimi miecz w postaci Sądu Ostatecznego czy piekła, a doczesnego wymiaru sprawiedliwości bać się nie muszą (bo nie ma kary śmierci), to decyzja o pobiciu czy zabiciu przychodzi dość łatwo.
Coś, co się zaczęło jako „wolnomyślicielstwo”, zmieniło się obecnie w bezmyślny „antyklerykalizm”. Bezmyślny, ponieważ antyklerykałowie działają przeciwko własnym interesom, z czego nie zdają sobie sprawy. Niestety, działają też przeciwko całej ludzkości.
Ostatnio zaczęłam się zastanawiać (a muszę przyznać, że nie jestem osobą „radiomaryjną”), czy za tym oszalałym ruchem antykościelnym, w Polsce reprezentowanym głównie przez Ruchersów, nie stoi – jednak – Zło? Takie najprawdziwsze, z samego dna Piekła? …
Na tę myśl naprowadziła mnie - dość już dawno temu - pewna osoba pisząca tu, na salonie, a znana głównie z nienawistnej postawy wobec katolików. Ponieważ osobę tę zablokowałam (a w dodatku – najzwyczajniej w świecie jej się panicznie boję), nie podam jej nicka. Będę ją określać po prostu jako H. Otóż pewnego dnia, gdy napisałam coś w obronie katolików, osoba ta życzyła mnie i mojej rodzinie śmierci w męczarniach. Za czyjąś radą zablokowałam H., ale jej aura pozostała przy mnie na długo. I przysięgam – gdy tylko przypomni mi się H. I jej „humanitarne” życzenia, to czuję, że otarłam się o coś tak plugawego, ohydnego, strasznego i po prostu ZŁEGO, że chyba naprawdę może to być jakieś wcielenie Szatana …
A kiedy czuję, w sposób najzupełniej fizyczny, to Zło, na które miałam nieszczęście się natknąć, to nabieram dla tego Zła może nie szacunku, ale … powiedzmy … respektu. Bojaźni. A ze Złym nieodmiennie przecież kojarzy się On – jego przeciwieństwo.
Od pewnego czasu coraz częściej się zastanawiam, czy Zło może być tym czynnikiem, który skieruje człowieka ku wierze? ...
Inne tematy w dziale Społeczeństwo