Lato roku 1989 zapamiętałam głównie z jednej przyczyny: gdy jechałam kiedyś tramwajem (a były to czasy, gdy ludzie byli o wiele lepiej wychowani, niż dziś) pewien pan do drugiego pana krzyknął: "Ty komuchu!". Wszyscy w zasięgu wzroku wpatrzyli się w sponiewieranego, który się zrobił dosłownie purpurowy: wtedy to była najgorsza obelga, jaką można było wymyślić. Wszyscy jeszcze doskonale pamiętami PRL", prppaganda Michnika nawet jeszcze się nie zaczęła na dobre, co dopiero mówić o poczynieniu postępów, i wszyscyśmy wiedzieli, kto jest dobry, kto zły. A nawet ten zły się wstydził - odwrotnie niż dziś.
Również w roku 1989 po raz pierwszy usłyszeliśmy słowo "pluralizm". To było słowo-wytrych, używane tak często, że nikt nie miał wątpliwości, że ten cudowny pluralizm jest czymś nie tylko najlepszym, ale po prostu - nieodzownym w cywilizowanym krajach. W ZSRR, PRL, Czechosłowacji była jedna partia, a my mamy tych partii legion - a w dodatku każdy mógł wyrażać dowolne opinie, nie narażając się (jeszcze) na ostracyzm ze strony Jasnogrodu.
Dziś, jak się okazuje, po tamtych ideałach nie ma najmniejszego śladu. Wczoraj na portalu onet.pl przeczytałam, że mecenas Maria Szonert Binienda została wiceprezesem Kongresu Polonii Amerykańskiej (nawiasem mówiąc, dr Lasek ma coraz gorszą sytuację - prof. Binienda doradcą prezydenta, a jego żona - wiceprezesem KPA> Fatalnie, fatalnie!).
Dokładnie tak samo - czyli "fatalnie" - uważa Barbara Borys-Damięcka, senator (PO). Pani ta nie widzi możliwości współpracy polskiej ambasady i konsulatu z TAKĄ OSOBĄ jak p. Maria Szoner-Binienda.
Dalej pani senator prezentuje swoje przywary umysłowe jeszcze śmielej:
http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/awans-marii-szonert-biniendy-to-jest-po-prostu-przerazajace/jfmmk



Komentarze
Pokaż komentarze (23)