W Paryżu, w swoim mieszkaniu, jedenastoma ciosami noża została zabita 85-cio letnia Żydówka, której ongiś udało się uratować z obławy, którą w 1942 r. policja francuska zorganizowała na Żydów. Policja poinformowała, że zbrodnia (w sumie - obie, nieprawdaż? ...) miała za podłoże antysemityzm. Przy okazji media "przypomniały" sobie o podobnej sprawie, skrzętnie zamilczanej, która miała miejsce rok temu, kiedy to żydowska emerytka padła ofiarą muzułmańskiego mordercy. Jak się okazuje, zbrodnię, dokonaną na krótko przed pierwszą turą wyborów prezydenckich, starano się wyciszyć w obawie, że zabójstwo bezbronnej starej kobiety przez islamistę przysporzy głosów kandydatce skrajnie prawicowego Frontu Narodowego Marine Le Pen.
Nie - wcale nie zamierzam skupiać się na tym, że we Francji panuje antysemityzm i że muzułmanie są częstymi sprawcami różnorakiej przemocy: od gwałtów, poprzez obrzezanie dziewczynek, rytualne morderstwa, aż po zamachy terrorystyczne. Kto nie ma mózgu zamkniętego na wszystko, co nie jest papką lewackiej ideologii, jest to oczywiste. Mnie po prostu uderzyło podobieństwo wydarzeń we Francji z tymi w Niemczech, a także - w Polsce. Mam na myśli fakt, że we wszystkich trzech krajach dochodzi do brutalnego tłumienia podstawowego prawa obywatela w demokracji, czyli do informacji.
We Francji zatajono fakt, że morderstwa dokonał muzułmanin, aby NIE WYGRAŁA liderka FN, Marin le Pen. W Niemczech ocenzurowano informacje o ogromnej skali gwałtów i molestowania podczas Sylwestra w Kolonii (i w innych miejscowościach, jak się później okazało) przez imigrantów, aby wygrała ponownie kanclerz Merkel. W Polsce natomiast od prawie ośmiu lat media na śmierć zamilczają informację, że wybory prezydenckie w 2010 r. zostały, jak to się od 2014 r. elegancko ujmuje, "zafałszowane".
Skąd od tym wiem? Od wysokiego rangą urzędnika państwowego za rządów koalicji PO-PSL, Edmunda Klicha, ówczesnego przewodniczącego Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, jedynego polskiego akredytowanego przy MAK. Tego samego, o którym Jacek Cichocki, koordynator służb specjalnych za czasów Tuska, powiedział, że być może jest to szpieg Rosji (po czym szybko zakończyła się jego kariera. Jego, czyli Cichockiego). Otóż Edmund Klich, w wywiadzie dla tvn24, powiedział ni mniej, ni więcej: "Chodzi o jedną sytuację między turami wyborów prezydenckich. Moje działanie, gdybym się zdecydował, mogło wpłynąć na dalszy ich przebieg. Nie chciałem jednak tego robić. Koniec tematu.".
Innymi słowy: bardzo ważny urzędnik państwowy za czasów Tuska przyznał, że to właśnie on, nie podając do wiadomości publicznej informacji, które zdobył będąc akredytowanym przy MAK, zadecydował - de facto - o wygranej Bronisława Komorowskiego i przegranej Jarosława Kaczyńskiego. Spora rzecz jak na jednego faceta, prawda? ...
I o takiej sensacji, mimo uporczywego przypominania sytuacji przeze mnie co najmniej raz w roku, "niezależne" media milczą milczą jak zahipnotyzowane!
No i jak tu można zaprzeczyć, że media w Polsce, Francji i Niemczech mają w ... głębokim poważaniu ... swój obowiązek informacyjny, a jednocześnie - prawo obywatela do informacji? No i - oczywiście - nie sposób zaprzeczyć, że w związku z manipulowaniem informacją, niepoinformowany obywatel głosuje niezgodnie z własnym interesem? ...
Inne tematy w dziale Polityka