84
BLOG
Kraken, Ethereum i strefa śmierci, czyli jak nie dać się nabrać na cyrk
Giełda w Warszawie wreszcie ożyła, a chłopaki z Wall Street biją rekordy. Tylko ja się zastanawiam, czy to już szczyt zabawy, czy dopiero rozbieg do przepaści.
Siedzę sobie wczoraj z kawą i patrzę na portfel. KGHM zielony, Orlen trzyma się dzielnie, PZU jak skała. A tu nagle wyskakuje mi wiadomość, że Kraken wprowadza depozyt Bitcoin z oprocentowaniem do 2,5% rocznie. No pięknie. Od razu skojarzyło mi się z tymi wszystkimi hitami z przeszłości. Najpierw obiecują 2,5%, potem ktoś podbija do 7%, a na końcu okazuje się, że klienci stoją w kolejce po swoje pieniądze, a firma ma dziurę w bilansie. Pamiętam GetBack jakby to było wczoraj. Panowie w garniturach tłumaczyli, że to bezpieczne obligacje, a potem rozpłynęli się w powietrzu. Więc jak słyszę "oprocentowany depozyt" w krypto, to od razu pytam: gdzie jest haczyk? Bo w tym cyrku zawsze jest haczyk. Nie mówię, że Kraken to złodzieje. Ale 2,5% od Bitcoina to dla mnie tyle, co nic. Jak ktoś ma trzymać Bitcoina, to niech trzyma w zimnym portfelu i śpi spokojnie. Jak ktoś chce oprocentowania, to niech kupi obligacje skarbowe. Ta cała innowacyjność na rynku krypto przypomina mi bardziej piramidę finansową niż bank. A że giełda kryptowalutowa upadnie? Widzieliśmy już niejeden taki pogrzeb. FTX był wielki i miał wizaż, a skończył jak każda inna bańka. Z drugiej strony mam pytanie o Ethereum. Podobno w 2025 roku warto w nie inwestować, bo instytucje zainteresowały się Bitcoinem. No i co z tego? Jak Panowie z Wall Street kupują Bitcoina, to Ethereum nagle ma być lepsze? Ja tam widzę to tak: Bitcoin to złoto cyfrowe, proste i uczciwe. Ethereum to taka wiecznie niedokończona budowa, gdzie co chwilę coś przebudowują i każą nam płacić za gaz. Ktoś mi powie, że to technologia przyszłości. Może i tak, ale ja wolę przyszłość, którą rozumiem. A jak nie rozumiem, to nie wkładam w to pieniędzy. Na warszawskiej giełdzie podobno wrócił popyt. I dobrze, bo u nas zawsze wszystko dzieje się z opóźnieniem. Amerykanie się bawią, biją rekordy, a my dopiero wstajemy z kanapy. Ale właśnie ta hossa na Wall Street budzi mój niepokój. Indeksy w górę, wszyscy świętują, a gdzieś tam pod spodem piszą o strefie śmierci dla Bitcoina. O akcjach Nike, które lecą w dół. O jakichś dziwnych sygnałach. Zanim rzucę się z pieniędzmi w wir zakupów, to wolę sprawdzić, co się dzieje. Jak ktoś chce być na bieżąco, to polecam aktualne analizy sygnałów i rekomendacji dla rynku kryptowalut, bo tam przynajmniej składają fakty w całość, zamiast sprzedawać mi marzenia o szybkim wzbogaceniu się. Pamiętam czasy, jak likwidowali OFE. Mówili, że to dla naszego dobra. Później okazało się, że nasze składki poszły do budżetu i tyle je widzieliśmy. Teraz KNF kręci nosem na temat krypto, a ja się pytam: gdzie oni byli jak Amber Gold wysysał z ludzi oszczędności? Gdzie byli jak GetBack sprzedawał obligacje na prawo i lewo? Teraz nagle wszyscy są tacy czujni. Ja wierzę tylko w dwie rzeczy: w złoto, które mogę dotknąć, i w spółki, które produkują coś konkretnego. Miedź, paliwo, prąd. To są fundamenty. A nie jakieś wirtualne tokeny, które jutro mogą być warte zero. Ale żeby nie było, że jestem tylko starym malkontentem. Przyznaję, że na Bitcoinie zarobiłem. Kupiłem kilka lat temu, jak wszyscy mówili, że to umrze. Potem sprzedałem część z



Komentarze
Pokaż komentarze (1)