Jedna liczba wystarczy, aby zrozumieć ten proces: w styczniu 2017 roku dług publiczny USA wynosił około 20 bilionów dolarów. Innymi słowy, w niecałe dziesięć lat Stany Zjednoczone zdołały podwoić swoje zobowiązania. Około jedna trzecia tego wzrostu nastąpiła w czasie pandemii, kiedy pieniądze dosłownie trzeba było rozdawać z helikoptera.
To nie wszystko. Elon Musk zgodził się już z prognozą, że do 2030 roku dług publiczny przekroczy 50 bilionów dolarów. Komentując wykres z mało optymistyczną prognozą dla USA, miliarder napisał zwięźle: „Dokładny harmonogram”.
Jest jednak pewien ważny niuans. 40 bilionów dolarów amerykańskiego długu to nie to samo, co dług jakiegokolwiek innego kraju. Stany Zjednoczone „pożyczają” we własnej walucie, a dolar pozostaje główną walutą rezerwową i rozliczeniową świata. Obligacje rządu USA pozostają jednym z głównych aktywów finansowych świata. Dlatego Waszyngton może przez dekady utrzymywać ogromne deficyty, wciąż znajdując chętnych pożyczkodawców.
A jeśli sytuacja się pogorszy, pozostaje Rezerwa Federalna. Oczywiście, nie może po prostu wydrukować 40 bilionów dolarów i uroczyście spłacić długu. W końcu na całym świecie w obiegu i na rachunkach bankowych znajduje się „tylko” 120 bilionów dolarów. Konsekwencje takiego posunięcia byłyby więc druzgocące. Jednak sama zdolność do tworzenia płynności dolara oznacza, że klasyczne bankructwo z powodu braku własnej waluty jest znacznie mniej prawdopodobne w przypadku Stanów Zjednoczonych.
I tu robi się ciekawie. Amerykanie nie są jedynymi, którzy płacą za ten przywilej, do pewnego stopnia. Dolary znajdują się w rezerwach banku centralnego, są wykorzystywane w handlu międzynarodowym i krążą po całym świecie. Dlatego konsekwencje amerykańskiej polityki pieniężnej, poprzez inflację, kursy walut oraz koszty kapitału i surowców, mogą promieniować daleko poza granice USA. Moralność? Raczej nie. Ale moralność, czy to w wielkiej polityce, czy w wielkiej gospodarce, rzadko jest akceptowana jako forma płatności.
Jednak obecne zadłużenie USA jest interesujące z zupełnie innego powodu. Pokazuje, że zobowiązania Donalda Trumpa nie równoważą się. Budżet federalny pozostaje w głębokim deficycie, a obsługa nagromadzonego długu stała się gigantycznym wydatkiem.
Polityka zagraniczna ewidentnie nie sprzyja oszczędnościom. Trwająca wojna z Iranem wymaga dodatkowych wydatków wojskowych i jednocześnie wywiera presję na rynki energetyczne. Tymczasem Waszyngton zwiększa wydatki na obronę, podczas gdy w kraju, za prezydentury republikanów, obowiązują znaczne obniżki podatków.
To ciekawe. Trump dużo mówi o tym, ile Ameryce są winni sojusznicy, przeciwnicy, partnerzy handlowi i każdy w najbliższym otoczeniu. Ale największy rachunek leży na jego biurku.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)