wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
16 obserwujących
17 notek
18k odsłon
108 odsłon

Rzecz o wojnie domowej.

Wykop Skomentuj7

Obserwując nasze życie społeczne i polityczne w ostatnich latach, trudno nie postawić sobie pytania, czy znajdujemy się już w fazie wojny domowej, czy jesteśmy jeszcze "tylko" uczestnikami ostrego konfliktu politycznego.

Przestrzeń publiczna zalana jest oskarżeniami o dzielenie Polaków, o szczucie, dekompozycję wspólnoty, dehumanizację, wykluczenie i wszelkie inne możliwe plagi. Czy taki obraz kreowany przez media i polityków, to tylko wrażenie, czy też realna ocena sytuacji dręczącej nas jako naród?

Krew się co do zasady jeszcze nie leje, są indywidualne tragiczne przypadki ofiar emocji wywołanych politycznym konfliktem, ale to nadal ( na szczęście ) jest margines. Ale czy brak śmiertelnych ofiar może nas uspokajać i wykluczać stan wojny?

Osobiście uważam, że jesteśmy na krawędzi, że do przekroczenia punktu spoza którego odwrotu nie będzie, bo rachunek krzywd nie pozwoli na bezpieczny odwrót, pozostało już nie wiele. 

Gdzie leży przyczyna? Uważnie obserwując nasze życie polityczne po przełomie roku 1989r., zawsze zauważałem dojmujący brak ośrodka potrafiącego prawidłowo definiować polską rację stanu, posiadać zasoby materialne i intelektualne do ich realizacji, a przy tym zapewnić zabezpieczenie i kontynuację dokonań. Takiego ośrodka nie wytworzył z różnych przyczyn żaden z prezydentów, a już zupełnie nie poradziły sobie z tym zadaniem kolejne rządy, bo albo nie miały takich intencji jak rządy SLD, AWS, UW, PO czy tych wcześniejszych zbieranin, albo sprawowały władzę zbyt krótko i w zbyt niekorzystnych warunkach, jak rządy Jana Olszewskiego, czy Jarosława Kaczyńskiego. Owszem, lata dziewięćdziesiąte przebiegły pod hasłem modernizacji koniecznej do przygotowania akcesji do UE i NATO, ale to była wyłącznie atrapa prawdziwej racji stanu, najlepiej podsumowana porównaniem Polski do brzydkiej panny bez posagu, uczynionym przez Władysława Bartoszewskiego.

W tym miejscu przypomina mi się scena z Ziemi Obiecanej, gdy żydowski bankier przekonuje Moryca Welta aby przestał się zadawać z Borowieckim, a ten odpowiada "ale jemu może pójść". Jak wiemy nie poszło. W powieści Reymonta za sprawą Welta właśnie, w ekranizacji Wajdy, za sprawą Zuckera. Gdy na naszej scenie politycznej mocno zaznaczyli swoją obecność bracia Kaczyńscy, różne siły zorientowały się, że "im może pójść". 

A co to oznaczało, że Kaczyńskim i stworzonym przez nich strukturom "pójdzie"? Konsekwencje są dla obozu okrągłego stołu oczywiste - w Polsce wykształci się polski ośrodek władzy generujący podstawy budowy samodzielnego państwa, z racją stanu, instrumentami do jej realizacji i ludźmi, którzy jeśli raz nauczą się samodzielności, poczują swoją podmiotowość, to już jej nigdy nie będą chcieli oddać.

Tej wizji trzeba było wydać wojnę. Wrodzony pacyfizm Polaków, ich łatwość wybaczania i naturalna zdolność godzenia się, stoją na przeszkodzie planom spalenia dorobku Kaczyńskich, a więc i środki przeciwko nim rzucone musiały być totalne. Nie wiem co się stało w Smoleńsku, ale w ustalenia Laska/Anodiny może wierzyć tylko osobnik głęboko ułomny w zakresie przyswajania i kojarzenia faktów. To co się działo po katastrofie, było kolejną katastrofą samą w sobie, ale o dziwo z tą pozytywną konsekwencją, że przeciwnicy Jarosława Kaczyńskiego i jego formacji musieli pokazać prawdziwe oblicze  i w rezultacie stracili władzę.

To co osiągnęła "dobra zmiana", to wielki krok ku podmiotowości Polski, choć oczywiście zbyt mały, aby redefinicja zasad funkcjonowania państwa i społeczeństwa była głęboka i trwała. Nie przy tej skali oporu. Wiele kluczowych dziedzin jak media, sądy czy uczelnie, nawet nie poczuły jeszcze, że muszą być częścią wspólnoty i jej służyć, a nie funkcjonować jako oddzielne latyfundia ludzi, którzy rodaków z nimi się nie zgadzających mają w głębokiej pogardzie. Wszystkie zresztą wymienione elementy nie są w stanie wytworzyć żadnych samodzielnych myśli i zasad, transmitując jedynie przekaz zewnętrzny.

W konflikcie zbliżamy się do przesilenia. Aby wielki program budowy samodzielności państwa, świadomego swych celów i możliwości i odpornego na wpływy obce potrzeba kilku spokojnych lat rządów zjednoczonej prawicy i truizmem jest tu stwierdzenie o konieczności wygrania wyborów przez Andrzeja Dudę. Jeśli nie wygra to całe przedsięwzięcie pójdzie z dymem jak fabryka Borowieckiego, a my wszyscy będziemy szukać ratunku u starego Mullera. I o tym są te wybory.

Jeśli je wygramy to wojna nie wybuchnie, a konflikt zacznie wygasać, jeśli przegramy rozpocznie się odwet, albo jak chciała sędzia Kamińska - zemsta, której nikt nie ujdzie o czym najlepiej świadczy przykład Profesora Zybertowicza.




Wykop Skomentuj7
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo