wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
49 obserwujących
63 notki
145k odsłon
3280 odsłon

Zmierzch wielkich miast. Powrót z Warszawy na wieś.

Wykop Skomentuj210

Zaczerpnąłem tytuł z wiersza Franciszka Karpińskiego, poety niezwykle zrośniętego z polską tradycją. Jego dzieła są wciąż bardzo popularne, choć autorstwo często zapomniane. "Kiedy ranne wstają zorze", "Wszystkie nasze dzienne sprawy", czy "Bóg się rodzi", to pieśni wciąż chętnie wykonywane, a "Laura i Filon" to utwór o zdumiewającej żywotności i wpływach kulturowych. Podziwiał sielankę Adam Mickiewicz, widząc w niej kwintesencję polskiej wsi, Fryderyk Chopin wplótł motyw muzyczny do swojej słynnej "Fantazji na tematy polskie". Jest jeszcze genialny tren na upadek ojczyzny "Żale Sarmaty.... " i wiele innych wspaniałych wierszy tego autora, pochodzącego z Pokucia, urodzonego w szaraczkowej rodzinie szlacheckiej. To człowiek surowych obyczajów i prostych zasad. Talentem poetyckim błysnął wcześnie, dzięki czemu miał otwarte wrota kariery dworaka u różnych magnatów. Choć próbował - nie podołał. Rozgoryczenie wielkomiejskim życiem zawarł w przywołanym w tytule wierszu. Kto sięgnie do tekstu, tego zadziwi jego zaskakująca aktualność.

Polacy nigdy nie byli narodem mieszczuchów. Większych miast w I Rzeczpospolitej było ledwie kilka, często z przewagą ludności obcego pochodzenia. Mieszczaństwo nie miało żadnej siły politycznej, a gospodarczą pewnie tylko Gdańsk, Toruń, Lwów, Warszawa i kilka innych. Trzy karczmy, bram cztery ułomki, klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki. Tak przez długie lata wyglądał polski pejzaż miejski.

Od stu pięćdziesięciu lat Polska podlega silnym procesom urbanizacyjnym, które swoje apogeum paradoksalnie osiągnęły w czasach realnego socjalizmu, aby obecnie dojść do szczytu. Zdaje się jednak, że pomimo zaskakujących wciąż widoków z powstającymi biurowcami i osiedlami mieszkalnych pudełek, "tu rośnie dom, tam rośnie dom, z godziny na godzinę", trend zaczyna się odwracać.

Wielkie aglomeracje przestają być atrakcyjnym miejscem do życia, przestrzeń miejska staje się frustrująca, a pandemia w sposób szczególny jej dysfunkcję potwierdziła. Wbrew zachwytom heroldów nowego światowego ładu, gloryfikującym nowoczesność miast i światłość ludzi w nich żyjących, takie centra to przeżytek. Parę dni temu Gazeta Wyborcza opublikowała informację o zapaści Nowego Jorku, porzuconego w ostatnich miesiącach przez blisko trzysta tysięcy mieszkańców. Przyczyny tego trendu dotkną wkrótce i inne aglomeracje i w Stanach i w Europie. To nieuchronne.

W mitologii greckiej występuje mało znana współcześnie postać Eryzychtona. Lokalnego króla, który nie chciał oddawać czci kojarzonej z rolnictwem bogini Demeter. Posunął się nawet do ścięcia poświęconego jej drzewa. Obrażona "olimpijka" ukarała go srogo - skazując na wieczne nienasycenia. Eryzychton pochłonął wszystko, przejadł cały majątek, sprzedał własną córkę, ale wciąż nie mógł zwalczyć głodu. To właśnie współczesne miasto moloch. Jak wiadomo Grecy posiadali niepowtarzalną umiejętność zamykania obserwacji i wynikających z nich pojęć w formy mitu. Ten mit jest proroczy. 

Miasta zaczynają żyć w sposób uniemożliwiający rozwój. Generują nierozwiązywalne problemy, niszczące tkankę społeczną. Na razie wolno i niezauważalnie, w miarę jednak realizacji lewicowych utopii, w takich miejscach rozwijających się samoistnie, coraz bardziej widocznie.

Rozwój technik komunikacji, transportu i produkcji energii spowodował radykalne zrównanie poziomu życia między prowincją a aglomeracją. Ale tylko wieś, czy miasteczko dysponują przestrzenią. Wielkie miasto jej nie ma i miało nie będzie. To potężne ograniczenie o destrukcyjnym wpływie na kondycję społeczną, wyrównywane wprawdzie łatwością zdobycia pracy, ale wiele wskazuje, że i ta przewaga wielkich miast wkrótce zniknie, zwłaszcza wobec kolosalnej różnicy w kosztach życia.

Deglomeracja jest naturalną konsekwencją zjawisk coraz łatwiej obserwowalnych, w czasie "pandemii" szczególnie nasilonych. Podejrzewam, że bluzgi sfrustrowanego tłumu z jakimi mamy teraz do czynienia, to w głównej mierze produkt uboczny struktury społecznej jaką zbudowała utopijna hybryda korporacyjnego pseudokapitalizmu i urzędniczego totalitaryzmu, dla niepoznaki nazywana demokracją liberalną. Mieszkańcy i pracownicy pudełek krzyczą o wolności, choć żyjąc bez dostępu światła słonecznego nie mają o niej pojęcia. Brutalne przebudzenie związane z "zamknięciem" wywołało furię, ale bezrefleksyjną. Ci ludzie nie wiedzą gdzie leży przyczyna ich nieszczęścia, a utrzymywani przez medialne korporacje w przeświadczeniu o swojej przewadze nad ciemnymi mieszkańcami prowincji, nie zauważają, że to tam świeci słońce, określające bieg "wszystkich naszych dziennych spraw".

Wkrótce zacznie się odwrót, bo współczesne miasto nie jest środowiskiem sprzyjającym rozwojowi człowieka. Przeciwnie. Staje się coraz bardziej wrogie. Ci którzy pierwsi to dostrzegą i postawią na małe struktury w rozwoju społecznym, z pewnością na tym zyskają. Bo tam gdzie woda czysta, trawa zielona i ptak śpiewa, zawsze lepiej się myśli. 


Wykop Skomentuj210
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo