wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
71 obserwujących
115 notek
282k odsłony
  3506   19

Ja Państwu przerywam! Czyli o programach publicystycznych.

Nie wiem czy to tylko moja przypadłość, czy jak podejrzewam powszechniejsza, ale emitowanych przez stacje telewizyjne programów z udziałem polityków i ekspertów, nie jestem w stanie oglądać. Jak zwykle w przypadku popadnięcia w taką strukturalną niemoc, szukam jej przyczyn u rdzenia problemu. W tym wypadku istotę sprawy nietrudno zidentyfikować. Człowiek z natury jest ciekawy świata i poszukując odpowiedzi na stawiane pytania dąży do kontaktu z tymi, którzy zajmująco o tym świecie potrafią opowiedzieć.

Ciekawość słusznie się kojarzy z cieczą i ciekiem. Słowa powstawały wskutek obserwacji rzeczywistości i akurat dziedzictwo języka jest najważniejszym, a przy tym najmniej przez nas cenionym. Zasypujemy się masą słów nie mających żadnego związku z istotą rzeczy, czyli rozmawiając nie dążymy do żadnego realnego celu jakim powinno być w y j a ś n i e n i e - a znaczenia tego słowa akurat nikomu przypominać nie trzeba.

Ciek nie wiadomo dokąd zmierzał, ginął gdzieś za zakrętem, albo w lesie,  trzeba było zaryzykować aby pójść za nim i dociec, dokąd prowadzi. To nie było oczywiste i podążający za ciekiem, czyli ciekawy, musiał być jednocześnie odważny, czyli, lekki nieobciążony stereotypem. Co z tego zostało?  W telewizji nic. 

Przypuszczam, że to powszechne wrażenie, ale programy publicystyczne nie chcą mieć niczego wspólnego z jasnością. Z wyjaśnianiem, czy objaśnianiem. Chodzi w nich już wyłącznie o inną pierwotną czynność, czyli zaoranie. Zadeptanie racicami. Ktoś kto próbowałby opisać typowy program, w którejkolwiek z głównych stacji, znalazłby się w sytuacji Ani Pawlakówny z "Kochaj albo rzuć", usiłującej swojej ciemnoskórej ciotce wytłumaczyć, jak to Jaśko Pawlak ciął kosą Kargula, za to , że "zaplajował" kawałek pawlakowego pola. Na trzy palce. Owa "dzika" z niedowierzaniem przyjmuje takie tłumaczenie przyczyn emigracji swojego ojca, a Kargul z Pawlakiem czują coś w rodzaju wstydu.

Teraz jest inaczej. Po każdej dyskusji tłumy medialnych sympatyków publikują swoje impresje - iks zaorał igreka, zet zmiażdżony przez fała ( albo fałena ), choć najczęściej to tylko osobiste wrażenie komentującego, nie podejrzewającego, że jego oponenci sprawę widzieli inaczej, dając temu wyraz w komentarzach przeciwnych. Igrek rozjechał iksa, fałen wyśmiany przez zeta.

W tej sytuacji oglądanie takiego programu staje się udręką. Rozmówcy wzajemnie się przekrzykują, prowadzący jest bezradny, i  najczęściej sam się przyłącza do wrzasku i jedyne wyraźnie słyszalne zdanie to : "ja panu nie przerywałem!", będące na dodatek absolutnym kłamstwem i to w retrospekcji sięgającej ledwie kilkudziesięciu sekund.

Wystarczy sprawdzić obsadę i już wiadomo kto i co powie, jak będzie argumentował, co wydawca podrzuci jako główny wątek, kamuflując dobór tematu "wolą telewidzów". Co więcej, gdyby nagle przygotować program z osobami wyłącznie nieznanymi, bez podpisów i określenia partyjnej przynależności, to najdalej po dwóch minutach widz samodzielnie mógłby przyporządkować każdego z rozmówców do konkretnej formacji i bez ryzyka pudła wskazać w jakiej stacji się znajdują. A zatem mamy do czynienia z rażącym odcięciem od ciekawości. Nieprzypadkowo precyzyjna jak zwykle polszczyzna ma na określenie tego samego zjawiska dwie nazwy: płyn i ciecz. Płyn jest ograniczony formą, poza nią nie wypłynie, wiadomo czego się po nim spodziewać, jest statyczny i nudny. Co innego ciecz, ta się wymyka, gdzieś cieknie i pociąga nas za sobą, bo nie wiemy dokąd zmierza i to jest ciekawe. Programy publicystyczne robią wszystko, abyśmy przypomnieli sobie dlaczego nudność jest terminem gastronomicznym. I są w  tym skuteczne. Typowe wypicie płynu w postaci dwóch - trzech szklanek wody. Więcej to już dla zwolenników podejmowania wyzwań ostatecznych.

Przypominam sobie zupełnie inną tradycję, też już ginącą, ale gdzieś tam jeszcze czynną, na wyścigach , czy w punktach przyjmowania zakładów sportowych. Tam jeszcze ludzie potrafią rozmawiać o rzeczach przewidywalnych, ale nieznanych w swym ostatecznym kształcie, albo celu, czyli o sporcie, który dlatego jest jeszcze ciekawy. Z lat młodości pamiętam grupy towarzyskie zwane "lożami", intensywnie dyskutujące o szansach koni, opierające się na wzajemnej wymianie przypuszczeń, informacji, odkryć, wiadomości i analiz. Nikt się na nikogo nie wydzierał, a weryfikacja następowała co pół godziny. A przy tym słuchano tylko tych co mieli rzeczywiście coś do powiedzenia. Na temat. Klasyczne pierwiastkowe ujęcie: problem - dyskusja - decyzja - wynik. Teraz próżno szukać takich schematów, jedynych zresztą doprowadzających nas do jakiegoś efektu. Rozmowę zastąpiono wrzaskiem, przerywanym recytowaniem formułek. Po co? Tego nie wie nikt normalny.

Lubię to! Skomentuj148 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura