wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
84 obserwujących
131 notek
320k odsłon
  3024   10

Anabaza. Lektura płaskoziemcy.

Słowo Ksenofonta o wyprawie Cyrusa to opowieść niezwykła. O odwadze, odpowiedzialności i wytrwałości. Wiekopomny pamiętnik wojenny spisany  przez czynnego i prominentnego uczestnika wydarzeń, w stylu sytuującym go na szczytach dorobku literackiego. To lektura zachwycająca rzeczowością i prostotą w opisie niezwykłego męstwa. Historia marszu 10.000 Greków stała się inspiracją dla Aleksandra, przesłanką wszystkich jego czynów tak zmieniających historię świata.

Owi Hellenowie, z różnych krain, niedawno jeszcze walczący ze sobą na śmierć i życie, zostają zwerbowani przez Cyrusa Młodszego, pretendenta do tronu Persji, który chce przy ich pomocy zdobyć. W bitwie pod Kunaksą ich mocodawca ginie, a Grecy pomimo, że zwycięscy, znajdują się w sytuacji rozpaczliwej. Otoczeni ze wszystkich stron przez mrowie wrogów, bez podstępnie zamordowanych wodzów, w nieznanym kraju i bez dróg wyjścia. Nadziei i odwagi nie tracą, podejmują wielki marsz, mający wyprowadzić ich z pułapki. Wybierają nowych przywódców, którym ufają i ruszają w nieznane, aby odnaleźć drogę do ojczyzny. 

Nie mając map i informacji orientują się na wodę. Początkowo za drogowskaz służy nurt Tygrysu. Jednak w górach jest trudniej, błądzą, walczą, chorują i w końcu po pięciu miesiącach tej niesamowitej wędrówki następuje moment tak opisany przez Ksenofonta: 

" Ale gdy się krzyk coraz więcej wzmagał i zbliżał, i gdy ciągiem nadchodzący żołnierze do ciągle krzyczących pędem bieżeli  i krzyk w miarę powiększania się liczby żołnierzy coraz większy powstawał, tedy dopiero zdawało się Ksenofontowi, że coś ważniejszego zajść musiało. Dosiadłszy konia wziął z sobą Likiosa i jeźdźców dla dania spiesznej pomocy; i natychmiast usłyszeli żołnierzy wołających: morze, morze! i kolejno to sobie ogłaszających. Wtedy dopiero już wszyscy nawet i z tylnej straży żołnierze biegli [....] A dostawszy się na wierzchołek góry wszyscy uściskali się nawzajem wodzowie i setnicy ze łzami radości".

A przecież nie wiedzieli gdzie są. Dopiero po jakimś czasie dotarła informacja, że znaleźli się w okolicy Trapezuntu ( obecnie Trabzon ). Jednak Grek nad morzem był u siebie. Znał każde i wiedział jak nawigować po całym świecie - oczywiście w jego ówczesnych rozmiarach. Dotarcie nad morze, nad wielką wodę oznaczało wejście na powrót do Hellady i nie miało znaczenia miejsce, w którym wyszli na brzeg. Takie pojęcia i umiejętności rodzą się przez wieki, ale są trwałe i pewne, a ci co je "mają", czy "umieją", są niekwestionowanymi autorytetami.

Nie wiem czy Anabaza jakoś inspirowała Walentego Skorochód - Majewskiego, pierwszego polskiego znawcę i badacza Sanskrytu, ale z wody "wyłowił" znaczenia dla nas podstawowe. Z pierwotnej umiejętności oznaczania drogi do domu, pozwalającej na jakiekolwiek łączenie odosobnionych ludzkich grup. A więc woda i wiedza są ze sobą związane jak cała masa fundamentalnych dla nas znaczeń i słów: wodzić, dowodzić, przewodzić, zwodzić, udowadniać, a być może też wiedzieć. Mimo naszych wielkich cywilizacyjnych wysiłków niewiele różnimy się od tych Greków spod Kunaksy i na każdym kroku musimy dokonywać wyborów fundamentalnych, aby pójść właściwą drogą, w czym mają nam pomagać prze - wodnicy, do - wódcy, czy ci co widzą do przodu, czyli prze - widujący. Musimy im ufać i musimy mieć mechanizmy selekcji, takie, aby to zawierzenie nas nie zwiodło.

Nie jesteśmy religijni, odrzuciliśmy kapłanów i proroków, a ktoś, kto chciałby teraz opierać się na modlitwie i wierze w Bożą Opatrzność, byłby uznany za niepoczytalnego, bo nie po to wykształciliśmy takie zastępy ludzi nauki, określiliśmy procedury dochodzenia do prawdy i zaufaliśmy  rozwiązaniom jakie nauka nam podsuwa, aby pozostawać przy ciemnogrodzkiej, zabobonnej modlitwie.

Naukowcom musimy ufać bezgranicznie, kto ma wątpliwości ten foliarz i płaskoziemca. Przekonałem się o tym uczestnicząc w dyskusjach na forum Salonu. Najpierw Pan Jan Mak spostponował takich jak ja, na zasadzie "oznaczenia co do gatunku", potem zwymyślał mnie bloger @pol.robert  ( choć komentarze potem usunął ), tu już "oznaczając co do tożsamości" głąba i idiotę w mojej osobie. Być może słusznie.

Skoro jednak znalazłem się w kategorii osób, z którymi ktoś liczący do 10 nie powinien wdawać się w dyskusję, zacząłem doszukiwać się źródeł swojego sceptycyzmu, wobec prawd głoszonych przy pomocy słupków, wykresów, grafik, slajdów i innych atrybutów człowieka wiedzącego, najczęściej zaopatrzonego w tytuł automatycznie uginający kolana i strącający czapki z głów.

Nie raz podkreślałem, że przekonanie o naszej mocy jest śmieszne zarówno wobec nauki Zbawiciela, wyrażonej zwłaszcza w przypowieści o zawaleniu się wieży w Siloe, jak i konkluzji Dawida Hume'a, wynikających z radykalnie odmiennych, racjonalistycznych przesłanek. Niewiele wiemy i na niewiele mamy wpływ. Jak nie lubię dorobku Krzysztofa Kieślowskiego, to akurat Dekalogiem I trafił w samo sedno. A zatem gdy "za mną", albo "ku mnie" krzyczą naukowcy, to zaczynam być jak ci Grecy, co to żeglując w łupinach po morskich przestrzeniach, i przez wieki kolonizując wszystkie znane wybrzeża, bardziej wierzyli w moc sprawczą tego co niewidziane i nieuchwytne, niż w siłę własnych mięśni i żagli, choć i o tą dbali. Jako od bogów pochodzącą.

Nie znam dziedziny nauki, która nie byłaby skompromitowana serwilizmem, koniunkturalizmem, pychą  i pazernością. O naukach społecznych i humanistycznych, nie ma co wspominać, tu rządzi ideologia, nie od dziś zresztą. Widać to choćby w doktrynie prawa. Przytłaczającej większości "autorytetów", nie powinno się podawać nogi, że zacytuję Lecha Wałęsę, podobnie w ekonomii, socjologii itd. Nie można  dwóm panom służyć, to nie służą Bogu. Gdzie indziej - nie lepiej. Oto medycyna, jeszcze niedawno uznająca za chorobę psychiczną pewne urojenia i zachowania, dziś ochoczo odcinająca i przyszywająca różne organy, zgodnie z dyrektywami z tych urojeń wypływającymi. Każe mi Pan Jan Mak wierzyć bezwzględnie w dorobek uczonych w naukach medycznych - chętnie, jak mi pokaże psychiatrów gotowych leczyć transwestytów. A to tylko pars pro toto. To tylko dowód , że przedstawiciele szlachetnej sztuki leczenia też w swej masie potrafią służyć komu i czemu innemu, niż dobro pacjenta. A nawet publicznie kłamać.

Mamy znawców klimatu, chcących nam przebudować świat według swoich obserwacji i recept, a zapominających, że to nie człowiek jest panem stworzenia, a cała ich wiedza zdobyta w pocie czoła, dotyczy okresu, będącego w czasie ziemskim ledwie mrugnięciem oka. Mamy katastrofę klimatyczna, bo komuś jest za gorąco i postanowił innych schłodzić i jeszcze sobie za to sowicie zapłacić. Ma na to wykresy. 

A ja wiem swoje. Lepiej iść z nurtem wody, albo jej brzegiem, wierząc, że Ten, który go wytyczył wiedział dokąd chce nas zaprowadzić, abyśmy na końcu drogi mogli się zachować jak owi Grecy Ksenofonta na nadmorskiej górze.

Lubię to! Skomentuj353 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo