wsi zaciszna, wsi wesoła
O ojców grób, bagnetu naostrz stal
76 obserwujących
122 notki
297k odsłon
  2899   6

Aleksander I Romanow. Koniec wielkiej ułudy cz. I

W 1828r. w warszawskiej drukarni A. Gałęzowskiego i Kompanii, przy ulicy Żabiej 472, ukazała się malutka książeczka, autorstwa szerzej nieznanego urzędnika Gerarda Maurycego Witowskiego, nosząca tytuł: " Opisanie obchodu żałobnego po wiekopomney pamięci nayiaśnieyszym Aleksandrze I Cesarzu wszech Rossyi i Królu Polskim, w Warszawie w dniach 7,9,10,11,12,13,19 i 23 kwietnia 1826 uroczycie odbytego". Dziełko to wkrótce zostało wznowione jako bogato ilustrowany druk w formacie folio. Obydwie wersje są bardzo rzadkie, choć stanowią zapis wydarzenia niezwykłego.

Aleksander I zmarł w Taganrogu 01 grudnia 1825r. ( w starym stylu 19 listopada ) w wieku zaledwie 48 lat. Ta tajemnicza śmierć, do dziś budząca wiele kontrowersji, wywołała w Rosji wstrząs w postaci powstania dekabrystów, wykorzystujących do wzniecenia rewolty fakt objęcia tronu przez młodszego z braci zmarłego - Mikołaja, a nie prawowitego następcy Konstantego. To tylko pretekst, ponieważ ten ostatni robił wszystko aby carem nie zostać, skutecznie unikając obowiązku, tak mu obrzydłego, że na wieść o śmierci Aleksandra, która dotarła do Warszawy 8 grudnia 1825r., kazał na rogatkach miasta wystawić straże, mające przechwytywać i zawracać wszystkich kurierów z Petersburga. W odwrotną stronę słał listy zawierające wyraźny przekaz o zrzeczeniu się wszelkich praw do tronu.

Starsza linia Romanowów, spersonalizowana w osobach Aleksandra i Konstantego, synów Pawła I pamiętających noc morderstwa cara i dobrze znających przyczyny tego zamachu, ustępowała linii młodszej, reprezentowanej przez Mikołaja i Michała, czyli potomków, którzy w zasadzie ojca nie pamiętali. Tym samym upadał projekt polityczny Aleksandra I, jedynego aż do dziś rosyjskiego cara, potrafiącego w sposób właściwy definiować rosyjską rację stanu, a przy okazji realizować interes i kraju, i dynastii.

W tym wielkim carskim projekcie, którego elementy być może współtworzył towarzysz młodości Aleksandra - Adam Jerzy Czartoryski, dużą rolę odegrać miała Polska, choć mało na ten temat wiemy, a jeszcze mniej chcemy wiedzieć. Czym ów "dziwny car", bo w wielu kręgach zyskał taki przydomek, tak przysłużył się Polakom, że ów opisany w małej książeczce obchód, był uroczystością jakiej Warszawa wcześniej nie widziała, a później, to dopiero po odzyskaniu niepodległości? Co kazało przeszło 100 tysiącom mieszkańców, przedstawicielom wszystkich społecznych klas, wyznań i stanów, chodzić w wielodniowych pochodach za pustą trumną? Urządzać konferencje i publiczne odczyty na cześć zmarłego, organizowane przez Warszawskie Królewskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk? Organizować tłumne nabożeństwa wszystkich wyznań, w których arcybiskup Jan Paweł Woronicz i przedstawiciele dwóch wyznań protestanckich wygłaszali mowy dziękczynne za wskrzeszenie Ojczyzny, a przedstawiciel obywateli wyznania mojżeszowego, za przyjazny stosunek do Żydów? Co wreszcie motywowało Polaków, którzy z własnych składek ufundowali dla cara dar wotywny, w postaci Kościoła Świętego Aleksandra?

Możemy się dziwić i oburzać, ale te uczucia były szczere. I nie mogły być inne. W badaniu historii element psychologiczny jest pomijany najczęściej, co zrozumiałe. Czyny przodków oceniamy własną miarą, niepomni na ich doznania i uzbrojeni w wiedzę, co "było po". Wypominamy im błędy i zaniedbania, krytykujemy postawy, rzadko potrafiąc się wczuć w psychikę. Karmieni jednolitym przekazem o 123 latach niewoli nie potrafimy dzielić tego okresu na różne epoki, dziwiąc się czemu w większości były to lata spokojnej pracy, a nie permanentnej walki z zaborcami. Dochodzimy w tym częstokroć do ocen skrajnych, za nic mających realia konkretnego czasu i miejsca. A jakie były u zarania Królestwa Polskiego? W 1812r. niewielkie i niesamodzielne państewko, jakim było Księstwo Warszawskie, zmobilizował blisko 100 tysięczną armię, wspierającą Napoleona w inwazji na Rosję. A przy tym był to obok starej i młodej gwardii najbitniejszy, najwytrwalszy element całej siły z jaką  Bonaparte ruszył ku zagładzie. Do końca nie ulegający powszechnemu rozkładowi. Jeszcze zanim zaczęła się kalendarzowa zima, na początku grudnia 1812r. Warszawa witała nędzne resztki tego co ruszyło na Moskwę. Z owych 100 tysięcy, w jakim takim stanie wróciły niespełna 2. To była największa militarna klęska jaką Polska poniosła w swojej dotychczasowej historii i jedyna taka aż do września 1939r. Bezkres Rosji pochłonął tysiące obiecujących młodych ludzi, zginęli poeci Andrzej Brodziński i Wincenty Reklewski, Ignacy Prądzyński, tak wielce potem zasłużony, cudem przeżył dzięki niezwykłemu poświęceniu prostych żołnierzy. Los zachował przy życiu chorego na tyfus Aleksandra Fredrę. To co zostało z armii, jako tako skleconej, ruszyło z księciem Józefem i ostatecznie uległo pod Lipskiem, a wódz zginął.

Lubię to! Skomentuj119 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura