wsi spokojna wsi wesoła
O ojców grób bagnetu poostrz stal
136 obserwujących
247 notek
635k odsłon
  1091   14

Bronisław Malinowski, czyli róbmy swoje

Wspominając sierpień 1980r. nigdy nie mogę uciec od wrażenia, że impuls, który doprowadził do eksplozji ostatecznie niszczącej PRL wyszedł z Moskwy. W stolicy Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich dobiegały końca kontrowersyjne igrzyska olimpijskie i oto 30 i 31 lipca miały tam miejsce dwa wydarzenia, które wstrząsnęły krajem. Najpierw złoty medal w skoku o tyczce zdobył Władysław Kozakiewicz, który po niesamowitej walce z przeciwnikiem reprezentującym Kraj Rad, nieprzychylnymi sędziami i wrogą publicznością, pobiwszy rekord świata, został mistrzem olimpijskim, okrasiwszy zdobycie tytułu słynnym "gestem Kozakiewicza". To był niebywały skandal i niesłychane zawody, w całości zasługujące na miano wielkiego spektaklu ( srebro zdobył Tadeusz Ślusarski ex aequo z Wołkowem ), wnoszące do kraju potężną dawkę antykomunistycznej energii. Dzień później miało miejsce wydarzenie mniej politycznie spektakularne, ale niesamowicie impulsywne w sferze budzenia pewności siebie. Bieg Bronisława Malinowskiego na 3000 metrów z przeszkodami. Kto oglądał, ten ma obraz wyścigu wbity do głowy "na zawsze". Faworyt - Filbert Bayi z Tanzanii osiąga w pewnym momencie 60 metrów przewagi i wydaje się już nie do doścignięcia. Jednak na ostatnich dwóch okrążeniach Malinowski dogania przeciwnika i wygrywa swobodnie w czasie niewiele gorszym od ówczesnego rekordu świata, a i dziś gwarantującym wysokie lokaty na najważniejszych imprezach - 8,09'67.

Jak pan to zrobił? Pyta Henryka Kwintę młody "szopenfeldziarz" widząc otwarty gołymi rękoma sejf. Trzeba było uważać odpowiada stary kasiarz. Od Bronisława Malinowskiego w odpowiedzi na pytanie jak to zrobił - dowiedzieliśmy się wszystkich szczegółów - i dobrze bo to wielka nauczka dla wszystkich , a sama uwaga w oglądaniu biegu, nic nie dawała. To były gigantyczne emocje, ogromne zwątpienie, a na koniec euforia. Gdyby nie liczne wywiady nie wiedzielibyśmy jak się osiąga takie mistrzostwo. Przyjechał, zobaczył, wygrał - jak w sporcie. A tu nie, tu trzeba było spisu treści, żeby zrozumieć co się stało i zapamiętać to dzieło sztuki, aby przemawiało do nas zawsze, zwłaszcza w takich momentach, jak teraz.

Nie pamiętam kto komentował, zdaje się, że Krzysztof Wyrzykowski, ale nie mam pewności. W pewnym momencie i on zwątpił, podobnie jak 20 tysięcy Polaków na Łużnikach, od startu wrzeszczących Polska! i Bronek!, podobnie jak kilkanaście milionów widzów. Nie zwątpił tylko sam Mistrz. To znaczy miał pół myśli, w okolicach końca drugiego kilometra, że nie da rady, ale wtedy właśnie ruszył, aby na ostatnim rowie z wodą dogonić rywala. Bo taki miał plan.

To jak Bronisław Malinowski opisywał swój bieg, zrobiło na mnie ( miałem 12 lat ) piorunujące wrażenie. To była nauczka na całe życie i sprawy się tu miały zero - jedynkowo, gdy pamiętałem o zasadzie Malinowskiego, było dobrze, gdy zapominałem - niekoniecznie.

Zapytany przez dziennikarza, czy nie przerażała Go przewaga Tanzańczyka, z olimpijskim spokojem stwierdził, że nie interesował się tym, co było z przodu. Był przygotowany ma 8,08 - 8,09 i biegł swoim tempem. Gdyby Bayi pobiegł szybciej, to i tak był poza zasięgiem, tyle że ktoś posiadający takie braki techniczne przy pokonywaniu przeszkód, musiałby być nadczłowiekiem, żeby pokonać 3000 metrów z przeszkodami poniżej 8,10. I Malinowski o tym wiedział. Jedyne co miało znaczenia, to wyprzedzić Tanzańczyka na ostatnim rowie z wodą, aby mieć łatwość i pewność w pokonaniu ostatnich płotków. Tak też się stało i gdy nad Łużnikami zaszło gorące letnie słońce, na najwyższym stopniu podium pojawił się Mistrz. Kilkanaście tysięcy Polaków zaśpiewało na moskiewskim stadionie Mazurka Dąbrowskiego. I to był grom.

Nie było w tym żadnego cudu. Zostawmy mordęgę codziennych wieloletnich treningów i wejdźmy do głowy tryumfatora, bo to w niej urodziło się zwycięstwo. Gdy wszyscy krzyczą "goń", gdy widać oddalającego się rywala, biegnącego z turbodoładowaniem, to zjawia się trudność, potęgowana przez ogromny doping krzyczącej publiczności. "Goń!" bo będzie za późno. Ale to "goń!" to największy wróg, podszept, czy raczej nadkrzyk diabła. Bo "goń" to zerwanie tempa na 8,08 i pewna przegrana. Wtedy doping przeszkadza, choć publiczność nie jest tego świadoma. Ale "goń!" włączone w odpowiednim momencie, według własnych zasad, gdy przyłącza się do niego kilkanaście tysięcy gardeł, widzących skracający się dystans do rywala, to energia sukcesu. I Bayi jest bez szans, a Malinowski po zwycięstwie nie leży pokotem jak to widzimy teraz niemal zawsze po lekkoatletycznych biegach, tylko swobodnie odbywa rundę honorową , pozdrawiając publiczność.

Wielka sportowa klasa, dająca nam obraz mistrzostwa. Samoświadomość własnych możliwości, perfekcja wykonania i zamknięcie na krzyki "innych szatanów". I o tym właśnie teraz musimy pamiętać, bo gdy pierwszy raz zetknęliśmy się z Azją na polu bitwy, to przegraną spowodowało wywołanie paniki przez tajemnicze osoby, krzyczące "Bieżajcie! Bieżajcie!". A  potem "Gorze nam się stało!" I teraz mamy to samo. Szatańskie "Goń!", bo zabrakło cukru, drzew w lasach, wody w rzekach, piwa w puszkach , węgla na hałdach, gazu na świecie i ropy na arabskiej pustyni. "Goń!" bo wirus, bo Putin, bo inflacja, bo Tajwan i profesor Roszkowski. Bieżajcie , bieżajcie i się nie zastanawiajcie.

Bronisław Malinowski zginął ledwie rok po swoim tryumfie, ale pozostawił wielką naukę. Myślcie. Pracujcie i znajcie swoją wartość.




Lubię to! Skomentuj74 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport