Wśród politycznych apokryfów niezagrożenie palmę pierwszeństwa dzierżą "Protokoły Mędrców Syjonu". O ich popularności w Polsce mam niezawodne świadectwo w postaci znajdującego się w moich zbiorach wydanego przed wojną egzemplarza, który potem zasilił bibliotekę Centrum Kształcenia Kadr PZPR. Dzieło przypisuje się carskim służbom i jeśli to one rzeczywiście stały za wyprodukowaniem owego zbioru, to trzeba przyznać, że swoje zadanie wykonały profesjonalnie. Miały się od kogo uczyć, a przy tym mogły z powodzeniem zastosować naczelną rosyjską zasadę - naśladownictwa.
W tym wypadku Rosjanie zapewne korzystali z wymierzonego przeciwko nim, cieszącego się wielkim wzięciem w dziewiętnastowiecznej Europie apokryfu znanego jako "Testament Piotra Wielkiego". Z dość oczywistych względów, dobrze świadczących o kompetencjach naszej klasy politycznej w czasach porozbiorowych, dokument ten nie zrobił w Polsce żadnej kariery i nawet dziś jego znajomość u nas jest niezauważalna.
Przygotowując swoją wojnę przeciwko Aleksandrowi, wiodąc ze sobą w bezkres imperium cara całą niemal Europę, Napoleon szukał ideologicznych uzasadnień, aby przedstawić się jako obrońca zagrożonej przez Rosjan cywilizacji. W tym celu wykorzystał różne wcześniejsze zbiory, znajdujące się we francuskich archiwach, jak słynną pracę kanclerza Bestużewa - Riumina z 1744, memoriały ministrów Biezborodki i Roztopczyna, a także stworzony na zlecenie Aleksandra "Systeme asiatique" Jana Potockiego. Kompilacji zawartych w tych pismach poglądów dokonał wcielony bezpośredniego do sztabu Bonapartego generał Michał Sokolnicki. Pracę opublikowano w Paryżu tuż przed inwazją Napoleona na Rosję i zrobiła potem w całej Europie zawrotną karierę, stanowiąc punkt wyjścia dla polityki mocarstw wobec wschodniej potęgi.
Tezy owego "testamentu" są dość banalne z polskiego punktu widzenia i w czasach gdy nasze narodowe elity były w stanie dobrze rozpoznawać i opisywać Moskwę, nie robiły na nikim wielkiego wrażenia, a momentami wydawały się wręcz śmieszne. To jednak w wieku XIX, gdy w Polsce występowała cała masa ludzi światłych, ponadprzeciętnie utalentowanych, a przy tym potrafiących Rosję analizować i opisywać bez uprzedzeń, nawet jeśli osobiście zaznali dojmujących prześladowań ze strony carskiej policji, jak choćby wielokrotnie przeze mnie przywoływany Henryk Michał Kamieński.
Teraz jest zupełnie inaczej bo kraj, który ze względu na swoją historię i położenie powinien o wschodzie wiedzieć najwięcej i ten potencjał wykorzystywać do zarabiania grubych pieniędzy, zamienił się za sprawą swoich "elit" ze wszystkich niemal stron sceny politycznej, w ujadającego na cudzą komendę czworonoga, nie mającego żadnych własnych aktywów. Jak to działa i jak głęboko sięga miałem się okazję przekonać w niedzielę na wyścigach. Bariera oddzielająca bieżnię od wnętrza toru to "kanat". Pan spiker poczuł się w obowiązku uświadomić publiczność, że wyraz ten - niestety! - to rusycyzm, ale musimy się z tym pogodzić, bo taka nomenklatura to długoletnia tradycja. W istocie "kanat" to słowo pochodzące z tureckiego i oznaczające "skrzydło", choć przejęte do rosyjskiego miało inne użycie i po prostu oznaczało sznurek wytyczający trasę biegu.
Może to nieistotny szczegół, ale pokazujący w jakim znaleźliśmy się społecznie i politycznie położeniu - całkowitej niemożności rozpoznawania tego co się dzieje na wschodzie i wyciągania z własnych obserwacji i badań praktycznych wniosków. W tej sytuacji pozostaje nam walka z "imperium" działającym rzekomo według zasad określonych w "testamencie" Piotra Wielkiego. To jest sytuacja dramatyczna, obezwładniająca wszelką naszą samodzielność w zakresie relacji z najpotężniejszymi sąsiadami.
O tym bowiem jakie mamy pojęcie o niezmiennych pryncypiach polityki Rosji, najlepiej świadczy pewien bibliofilski szczegół, nie tylko obnażający naszą kompletną nieznajomość spraw podstawowych, ale też bezbrzeżną pychę ( najczęściej idącą w parze ze skrajną głupotą ) w kwestii budowania koncepcji geostrategicznych.
W istocie bowiem najważniejszym współpracownikiem Piotra I w zakresie tworzenia zasad polityki zewnętrznej jego kraju był Dymitre Cantemir postać absolutnie fundamentalna w historii Rumunii, Rosji i europejskiej myśli politycznej. W Polsce na wszelki wypadek kompletnie nieznana. Dość powiedzieć, że napisana po łacinie i przetłumaczona na wszystkie istotne języki Europy ( i wielokrotnie wydawana ) fundamentalna praca Cantemira "Historia incrementorum atque decrementorum aluae othomanicae" akurat na polski nie została przetłumaczona, a w zasobach Biblioteki Narodowej mamy tylko jeden jej egzemplarz - osiemnastowieczne tłumaczenie francuskie z łańcuckich zbiorów Lubomirskich.
Można zatem przyjąć, że wszyscy nasi mędrcy od "międzymorza", potrafiący o Rosji i jej polityce rozprawić godzinami i wydawać na ten temat opasłe tomy puchu, mgły i lanej wody, nie mają zielonego pojęcia o dziele stanowiącym nie tylko fundament polityki Moskwy w czasach gdy realnie mogła myśleć o budowie imperium, ale też będącym punktem odniesienia dla działań wszystkich europejskich mocarstw, w momencie gdy sprawa Turcji urosła do rangi najważniejszej kwestii starego kontynentu. Tuż przed śmiercią Piotr I, namówiony przez Dymitra Cantemira utworzył rosyjską akademię nauk, rzeczywiście groźny i sprawny ośrodek myśli politycznej. W Polsce jednak nikogo to nie obchodzi.
W tej sytuacji pozostaje nam w kwestii polityki wschodniej funkcja ujadacza, włączanego, albo wyłączanego w zależności od interesów zewnętrznych karmicieli. Szkoda, bo jeszcze w II RP, zaraz po wielkiej wojnie z bolszewicką Rosją, potrafiły się ukazywać u nas książki fundamentalne, jak choćby praca Aleksandra Brucknera poświęcona historii literatury rosyjskiej. To już niestety przeszłość, obawiam się, że nieodwracalna.
Jeśli nasze wydawnictwo rozwinie się w sposób oczekiwany, to może pracę Cantemira uda nam się wydać ( o ile znajdzie się osoba skłonna podjąć wyzwanie jej przetłumaczenia ). Póki co zapraszam do nabycia książki "Znici. Niechciane Królestwo":
www.orlen.vip albo w księgarni stara - szuflada.



Komentarze
Pokaż komentarze (23)