Ojciec polskiej socjologii - Józef Supiński wykładał, że każdy organizm obiektywnie podlega działaniu dwóch sprzecznych zjawisk: "siły rzutu" nadającej mu dynamikę i determinującej rozwój oraz "siły rozkładu", prowadzącej do jego osłabienia, albo wręcz obumarcia. W przypadku organizmów żywych pewnych trendów nie da się odwrócić, gdy jednak mamy do czynienia z organizacją społeczną - już tak, choć są to procesy trudne do przeprowadzenia, a moment "przesilenia" może mieć bardzo dramatyczny przebieg.
W naszej codzienności wszystko dzieje się wyjątkowo szybko i struktury kilkunastoletnie mogą uchodzić za bardzo stare, a nawet zmurszałe, co oczywiście nie przesądza jeszcze ich rychłego społecznego "zgonu", choć zwiększa takie niebezpieczeństwo. Badając zatem jakąś organizację powinniśmy starać się ją opisać, przynajmniej w zakresie tego, czy działa na nią jeszcze "siła rzutu", czy już znalazła się we władaniu "siły rozkładu" i jak daleki będzie skutek poddania jej mocy.
Moim zdaniem, a pogląd ten konsekwentnie prezentuję od kilku lat, obie główne partie naszej sceny politycznej niepodzielnie znalazły się we władaniu "siły rozkładu". I choć procesy uwiądu są w nich widoczne gołym okiem, to trzymają się jednak mocą rozbudowanych systemów korzeniowych, przenikających struktury państwa i umiejących wysysać z nich potrzebną energię. Niestety teraz już wyłącznie na zasadzie pasożytniczej.
Kryzys jaki dopadł PiS jest zjawiskiem nieuchronnym, a przy tym ekstremalnie trudnym do powstrzymania. Nie jest to raczej choroba śmiertelna, zwiastuje jednak przyszłość, a ta dla partii Jarosława Kaczyńskiego nie rokuje dobrze. Istotą bowiem fenomenu PiS, było takie zagospodarowanie sceny politycznej, aby wszystkie nurty społeczne sprzeciwiające się demo - liberalnej rzeczywistości, zostały zmajoryzowane przez jedno ugrupowanie. To miała być hegemonia, nie dopuszczająca żadnej konkurencji, nawet najmniejszej. Żadnych "ścieżek obok drogi", bocznych nurtów, albo prób samodzielnego określania celów sprzecznych z centralą.
Przez długie lata Kaczyńskiemu udawało się utrzymywać stan, w którym na prawo od niego była tylko ściana, no powiedzmy pokryta wąską warstwą tynku, wytworzonego z jakichś "ekstremistycznych", folklorystycznych i marginalnych ugrupowań. W konsekwencji PiS był w stanie pozyskać głosy osób, które nie definiując się jako wyborcy tej formacji, z konieczności głosowały na jedyne ugrupowanie, przynajmniej werbalnie deklarujące chęć powstrzymywania erozji społecznej, implementowanej przez demo - liberalne elity i mające ku temu odpowiednie środki.
Do takich osób osobiście się zaliczam, bo zmęczony ciągłym popieraniem partii nie będących w stanie pokonać progów wyborczych, w 2015r. wobec jawnych już oznak załamania naszej państwowości - zagłosowałem za projektem Jarosława Kaczyńskiego. Złudzenia trwały krótko, prysły wraz ze zmianą premiera z Beaty Szydło na Mateusza Morawieckiego i od tego momentu nasze drogi zaczęły się rozchodzić, przy czym od 2018r. już nieodwracalnie, przynajmniej na poziomie ideowym. Wtedy to bowiem Morawiecki z Ziobrą przeforsowali haniebną z cywilizacyjnego punktu widzenia ustawę o "przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i wspieraniu terroryzmu", która jak to zwykle u nas - szumnym i szczytnym tytułem maskowała wprowadzenie skrajnie opresyjnych rozwiązań prawnych, nie dających się pogodzić z żadnymi wartościami republikańskimi. Dość powiedzieć, że z mocy tej ustawy, każda firma w kraju może zostać zlikwidowana decyzją anonimowego urzędnika, bez możliwości skutecznej obrony w sądzie.
Potem było już tylko gorzej, bo we wszystkich kwestiach głównych, decydujących o naszej suwerenności, PiS miał wspólną agendę i tożsame cele z partią Tuska i jej satelitami. Przejawiało się to chociażby w implementacji do naszego systemu prawnego wszystkich unijnych niedorzeczności, pod hasłem - jeśli nie wdrożymy to unia obali propolski rząd. Czyli Kaczyński z Morawieckim mieli do wyboru hańbę, albo wojnę, wybrali hańbę, a wojnę i to totalną mieli i tak. Monachijska klasyka gatunku.
Notorycznie upokarzani, nie tylko przez silnych, ale nawet przez nic bez nas nie znaczącą Ukrainę, bez przerwy powiewali narodowymi sztandarami mamiąc maluczkich zwizualizowaną przez jakąś nieznaną "inteligencję" obroną niepodległości. W pewnym momencie dla ludzi takich jak ja PiS nie tylko przestał mieć jakąkolwiek ofertę, nawet gdyby składała się wyłącznie z pustych gestów, ale stał się wobec mnie partią nieprzejednanie wrogą. W moim wypadku objawiło się to na tym forum najbardziej zajadłymi atakami twardych zwolenników partii Kaczyńskiego, na jakie nigdy nie pozwolili sobie poplecznicy Tuska i jego kamaryli.
Taka postawa wynikała zapewne ze słusznej obawy, przed pojawieniem się na prawo od PiS czegoś trwałego, nie tylko w rozumieniu struktur partyjnych, ale prądu społecznego niosącego określone idee, sprzeczne ze światopoglądem Jarosława Kaczyńskiego ( a inny w ramach jego ugrupowania nie występuje ). Zaczęło się zatem odzieranie z godności potencjalnych przeciwników po prawej stronie, w nadziei że uda się zapobiec trwałemu odebraniu PiS hegemonii w tym segmencie elektoratu. Te przedsięwzięcia nie tylko nie okazały się skuteczne, ale wykopały trwały rów, niemożliwy do zasypania. W tej sytuacji podejmowanie działań, aby utracony elektorat odzyskać, nie tylko nie mogło przynieść żadnego skutku, ale skazywało realizujących takie starania na śmieszność. Dlatego "projekt Czarnek" okazał się humorystyczny, choć akurat Pana Profesora szkoda.
PiS nie może działać w warunkach braku hegemonii. Nie ma żadnej zdolności do zawierania umów z kimkolwiek, bo do zawarcia umowy potrzebna jest autonomia woli stron i swoboda jej oświadczenia, a Jarosław Kaczyński niczyjej autonomii nie uznaje. Tyle, że taki stan rzeczy to matnia. Bo straconego elektoratu nie ma jak odzyskać i jakikolwiek udział we władzy musi się dla PiS wiązać z zawarciem koalicji i to z ugrupowaniami silnymi, wyrazistymi i niesionymi realną społeczną emocją. Brak możliwości działania według zasad na jakich Jarosław Kaczyński zbudował swoją partię, wtrąca ją nieuchronnie w moc "siły rozkładu". Czy PiS będzie w stanie wektory odwrócić i znowu nabrać "siły rzutu" ? Ja osobiście w to nie wierzę.
Kończąc, muszę jeszcze wpleść wątek osobisty. Od lat jestem związany z firmą, której wielki państwowy koncern ukradł nazwę. O tej sprawie zapewne powstanie książka, opisująca walkę dwóch skromnych właścicielek, z największym polskim koncernem, reprezentowanym przez największą na świecie amerykańską firmę prawniczą. To będzie zapis tego czym jest nasze państwo, jak chroni swoich obywateli przed bezprawiem, jak działają "polskie" sądy i administracja. I ludziom, którzy w tych warunkach muszą zmagać się z opresyjnością systemu wielkich korporacji, żyjących w symbiozie z administracją państwową i pozornie bezstronnym aparatem sprawiedliwości - Jarosław Kaczyński miał do powiedzenia tyle, że jeśli w takich realiach nie potrafią prowadzić przedsiębiorstwa, to niech się zajmą czym innym.
Nieodmiennie przypominam o możliwości nabycia książki "Znici. Niechciane Królestwo" : www.orlen.vip



Komentarze
Pokaż komentarze (65)