Te słowa Marka Twaina o młodym Rudyardzie Kiplingu doskonale oddają charakter ich relacji.
Słów parę o początkach tej niebywałej przyjaźni.
Latem 1889 roku dwudziestotrzyletni Kipling – dziennikarz z Indii i autor kilku tomików wciąż nieznanych szerszej publiczności – odbywał podróż dookoła świata. Trasa (link) wiodła przez Birmę, Singapur, Hongkong, Kanton, Japonię, a dalej przez Pacyfik do Ameryki (link) od San Francisco, przez Chicago, aż po Nowy Jork.
Właśnie tam młody Anglik specjalnie pojechał do miasteczka Elmira w stanie Nowy Jork, by poznać osobiście swojego literackiego idola z lat chłopięcych. Szukał go po omacku – najpierw pojechał nie tam, gdzie trzeba, potem dopytywał policjanta i wreszcie zapukał do właściwego domu. Twain przywitał go swoim charakterystycznym, suchym humorem:
– Myślisz, że jesteś mi coś winien i przyszedłeś to powiedzieć. To nazywam porządnym rozliczeniem długu.
W późniejszej autobiografii Twain przyznawał z rozbawieniem, że początkowo nie miał pojęcia, kim jest jego gość. Spotkanie okazało się jednak niezwykle ciepłe. Rozmawiali ponad dwie godziny. Kipling później entuzjastycznie opisał to wydarzenie w liście i artykule. Palili cygara – młody pisarz wspominał z zachwytem: „wypaliłem z nim cygaro – nie, dwa cygara” – rozmawiali o literaturze, o Tomku Sawyerze i o prawach autorskich. (Twain wspierał go zresztą w 1901 roku jako świadek w amerykańskiej sprawie o piractwo wydawnicze). Młody twórca z Indii poczuł się potraktowany niemal jak równy. „To było jak złowienie dwunastokilogramowego łososia” – napisał potem.
Z czasem Twain docenił talent młodszego kolegi po piórze, pisząc wprost:
„Był dla mnie i dla całego świata nieznajomym i pozostał nim przez dwanaście miesięcy, a potem nagle stał się znany i uniwersalnie znany”
W innym miejscu dodawał:
„To, co ten chłopak stworzył, jest zadziwiające – im więcej czyta się "Księgi dżungli", tym bardziej stają się one wspaniałe. Ale sam Kipling nie docenia ich tak, jak powinien; przeczytał "Tomka Sawyera" parę razy, gdy dochodził do siebie po chorobie, i powiedział, że wolałby być autorem tej książki niż jakiejkolwiek innej, która ukazała się za jego życia”.
Przez następne dwadzieścia lat obaj twórcy utrzymywali ciepłą relację i korespondowali w żartobliwym tonie. Twain regularnie zaczytywał się w "Kimie" (przyznawał, że zna książki Kiplinga lepiej niż własne), a Kipling do końca życia mówił o Twainie z ogromnym podziwem. W liście do amerykańskiego wydawcy nazywał go „największym człowiekiem po waszej stronie oceanu” i porównywał do Cervantesa. W 1935 roku przewodniczył angielskiemu komitetowi obchodów stulecia urodzin Twaina.
W 1907 roku obaj otrzymali doktoraty honoris causa w Oksfordzie – i ponoć ukradkiem palili cygara przed samą ceremonią niczym niesforni uczniowie.
A przecież ich światopoglądy były diametralnie różne.
Kipling, jak wiadomo był przekonanym zwolennikiem Imperium, silnego państwa, dyscypliny i hierarchii. Jego wiersz "Brzemię białego człowieka" (skierowany m.in. do Amerykanów) stał się klasycznym symbolem kolonialnego myślenia. Twain natomiast – choć początkowo wahał się w kwestii amerykańskiej ekspansji terytorialnej – z czasem stał się jednym z najgłośniejszych antyimperialistów w Stanach. W eseju "Do osoby siedzącej w ciemności" ("To the Person Sitting in Darkness") ostro atakował imperialną retorykę i był członkiem Anti-Imperialist League.
I mimo to nigdy nie zamienili wzajemnego szacunku na publiczne ataki. Twain krytykował ideę, a nie osobę Kiplinga. Z kolei młodszy pisarz nie pozwolił, by ideologiczne rozbieżności zniszczyły więź z jego dawnym idolem i mistrzem.
W czasach, gdy różnice polityczne tak łatwo stają się pretekstem do totalnego odrzucenia drugiego człowieka, historia Twaina i Kiplinga przypomina o czymś prostym i coraz rzadszym: że można się diametralnie nie zgadzać – a nadal widzieć w kimś wielkość.
Opracował
K. Rafalski (korzystałem z tłumaczeń fragmentów AI)
"An Interview with Mark Twain" link


Komentarze
Pokaż komentarze (3)