echo24 echo24
276
BLOG

Traumatyczny sen o Polsce PO-PIS-owej

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 11
UWAGA! Trudny przekaz, tylko dla bystrzaków! Nie wzburzaj się. Przeczytaj do końca. A przekonasz się, że nie pożałujesz.

Są takie poranki, kiedy człowiek budzi się zlany potem, przekonany, że miał do czynienia z koszmarem. A potem włącza telewizor i odkrywa, że koszmar był transmisją na żywo.

Dzisiejszej nocy śniło mi się państwo, którego hymn zaczynał się słowami: „Jeszcze Polska nie zginęła, ale już leży na kozetce ”. Był to kraj leczony przymusowo w Narodowym Szpitalu Psychiatrycznym „Tworki Plus”, w którym pacjentów identyfikuje się po numerze PESEL, a ordynatorów po nazwiskach znanych z pierwszych stron gazet. Jeden wydaje polecenia przez tubę od gramofonu, drugi przez bluetooth — lecz obaj tracą zasięg dokładnie w tym samym momencie.

Pacjenci biegają między oddziałami, bo nigdy nie wiedzą, kto akurat rządzi. Na ścianach zamiast regulaminów wiszą plakaty wyborcze, a hasło „Tu leczymy wszystkich ” ma drobny dopisek: pod warunkiem, że mają poglądy. Najlepiej skrajne.

Terapia narodowa stosowana w tym szpitalu polegała na naprzemiennym oglądaniu „Wiadomości” i „Faktów”. Po seansie, ogarnięci emocjami pacjenci krzyczeli, płakali, śpiewali hymn w rytmie disco polo albo próbowali się wzajemnie nawracać. Personel twierdził, że to terapia ekspozycyjna. Ja jednak preferuję tezę, że to raczej eksperyment medyczny wdrożony bez zgody komisji bioetycznej.

W jednym kącie Antoni Macierewicz sprzedawał bilety na rekonstrukcję zamachu, w drugim Grzegorz Schetyna liczył członków partii i za każdym razem wychodziło mu mniej. Milczący Jarosław Kaczyński głaskał kota pod sztorc, a kot — jako jedyna istota w budynku — pomrukiwał bezgłośnie. Zaś wiecznie uśmiechnięty od ucha do ucha Prezydent testował długopis XXL z funkcją „Veto/Podpisz”, zdmuchując przy okazji świeczki chanukowe, bo ktoś mu podszepnął, że to sprawdzian samodzielności.

Gdyby na tym kończyła się groteska, można by westchnąć z ulgą. Niestety, w moim śnie — podobnie jak w rzeczywistości — Polska nigdy nie jest sama. Do „Tworek Plus” dotarł bowiem świat.

Po amerykańskim „humanitarnym” napadzie na Wenezuelę na oddziale geopolitycznym wylądowali światowi liderzy. Joe Biden pod kroplówką z napisem „Democracy™” pytał półszeptem, czy Caracas już dziękowało - wpatrując się w stojące na stoliku nocnym zdjęcie Ronalda Reagana, które co jakiś czas salutowało samo. Obok wszechpotężny Donald Trump krzyczał, że on by to zrobił lepiej, szybciej i taniej, a Maduro już dawno siedziałby w Mar-a-Lago, sprzedając kokosy z napisem Make Venezuela Florida Again. W kącie sali Elon Musk lutował satelitę do globusa, tłumacząc, że zaraz podłączy Amerykę Południową do Starlinka, a wtedy wojna stanie się subskrypcją - gdyż każda wojna wygląda lepiej w wersji beta.

Na europejskiej flance szpitala Ursula von der Leyen w hełmie chirurgicznym próbowała wprowadzić sankcje na chaos, ale chaos nie spełniał norm emisji CO₂ i musiał zostać tymczasowo dopuszczony warunkowo. Wypachniony Emmanuel Macron wygłaszał płomienne przemówienie do lustra, zapewniając, że Europa musi mówić jednym głosem, po czym sam sobie przerwał, bo akcent nie był wystarczająco francuski. Olaf Scholz siedział cicho, notując coś na kartce z nagłówkiem: „Stanowisko Niemiec — do ustalenia później”. A wtedy do sali wszedł Władimir Putin, niezapisany w rejestrze pacjentów, ale doskonale znający układ korytarzy. Uśmiechnął się chłodno i powiedział: – My tylko obserwujemy. Po czym zabrał jedną ścianę nośną i wyszedł.

Polska patrzyła na to wszystko z dumą, po czym zareagowała jak zawsze i natychmiast się podzieliła. Rząd wydał stanowisko, opozycja kontrstanowisko, prezydent stanowisko neutralne, a Sejm powołał komisję do spraw wszystkiego, która po tygodniu ustaliła, że winny jest Tusk, a zaraz potem — że Kaczyński też, więc najlepiej powołać podkomisję.

Media uspokajały. Jedne paskami, drugie ekspertami od „sytuacji dynamicznej”. Konfederacja ogłosiła, że to wszystko wina globalistów, cyklistów, syjonistów i zanadto rozdokazywanych kobiet, a gdyby Wenezuela była monarchią, to by do tego za Chiny nie doszło. TVP ogłosiła sukces demokracji. TVN tłumaczył, że to niezwykle skomplikowane. A naród — jak zwykle — miał wybór między śmiechem a tabletką hydroksyzyny bądź czegoś jeszcze mocniejszego na uspokojenie.

Obudziłem się. Byłem pewien, że to tylko sen i włączyłem telewizor. Obrady Sejmu trwały. Te same twarze, te same gesty, to samo wzajemne unieważnianie się jeszcze przed rozpoczęciem debaty. Pasek informacyjny sunął spokojnie, jak kroplówka — podtrzymująca funkcje życiowe, ale nie przywracająca przytomności.

I wtedy dotarło do mnie, że największym dramatem tego snu nie jest Jarosław z tubą ani Donald z bluetooth. Nie kot, nie komisja, nie rekonstrukcja katastrofy sprzed lat ani wojna toczona tysiące kilometrów dalej w imię cudzej wolności i cudzej ropy. Największym dramatem jest to, że ten system już nie potrzebuje przemocy ani cenzury. Wystarcza mu rytuał. Naprzemienne rządy. Naprzemienne oburzenie. Naprzemienne „ratowanie demokracji” przez jej codzienne zużywanie.

Bo Polska PO-PIS-owa nie jest chora dlatego, że jedna strona kłamie, a druga się myli. Jest chora, bo obie strony żyją z tego samego konfliktu, karmią się nim i nie potrafią istnieć bez wroga, którego same sobie produkują. To nie wojna idei — to perpetuum mobile strachu, w którym wyborca jest jednocześnie paliwem i ofiarą.

Dlatego nawet gdy świat się pali — czy to w Kijowie, czy w Caracas — u nas zawsze znajdzie się czas na wojnę zastępczą. Na udowodnienie, że tamci są gorsi, a nasi kradną z pobudek patriotycznych albo europejskich. Państwo zamienia się w oddział zamknięty, a obywatel w pacjenta, którego jedynym obowiązkiem jest reagować: klaskać, gwizdać albo krzyczeć „hańba” zgodnie z harmonogramem.

Najgorsze jednak jest to, że my się do tego przyzwyczailiśmy. Że tragikomiczna groteska już nas nie śmieszy, tylko uspokaja. Że absurd stał się normą, a normalność — podejrzana. Że coraz częściej nie pytamy „jak wyjść z tego snu”, tylko „kto dziś śni głośniej”.

Więc nie — to nie był sen.

To była diagnoza.

A leczenie wciąż odkładamy na kolejną kadencję.

Krzysztof Pasierbiewicz

emerytowany nauczyciel akademicki AGH oraz niezależny bloger

Post Scriptum

Dzisiejszej nocy Kraków okryła pierzyna z śnieżnego puchu. Postanowiłem tedy, że pójdę na poranny spacer na Błonia – gdyż mieszkam opodal. Stojąc samotnie na tej największej na świecie śródmiejskiej łące zoczyłem na horyzoncie przebijające się przez śnieżną kurzawę zarysy Kopca Kościuszki oraz wawelskiego Zamku Królewskiego, gdzie na Wieży Zygmuntowskiej bije serce Polski. Było cicho, jak w kościele podczas podniesienia. Ja zaś pomyślałem, że… - to już niech każdy z Was sobie dopowie podług własnych myśli.

Post Post Scriptum

No i mamy klops, bo tekst już dawno opublikowany, a nie ma komentarzy, ani jednych, ani drugich, - co tylko potwierdza opinię Norwida o naszym społeczeństwie, dla którego autokrytyka, jako publiczna negatywna ocena swoich niewłaściwych zachowań, błędów lub wad - od zawsze była i jest nadal piętą achillesową, a konkretnie przyczyną różnorakich klęsk i niepowodzeń.  Pamiętacie jeszcze, co mówił pan młody na Weselu Wyspiańskiego? Nie? W takim razie przypominam:

Sen, muzyka, granie, bajka. [...]

spać, bo życie zbyt zawiłe,

trza by mieć ogromną siłę,

siłę jakąś tytaniczną,

żeby być czymś na tej wadze,

gdzie się wszystko niańczy w bladze –

Sen, muzyka, granie, bajka

To już tak po uszy sięga,

Los: fatyga, czas: mitręga...

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik,

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (11)

Inne tematy w dziale Polityka