Urodziłem się pod koniec wojny, więc moje dzieciństwo przypadło na czasy, gdy rzeczy były proste, biedne i — paradoksalnie — zrozumiałe. Jedną z takich prostych rzeczy była gra w beki. Dwóch chłopaków, dwie bramki z cegłówek, jedna piłka i jedna żelazna zasada: wolno kopnąć tylko raz. Drugie kopnięcie oznaczało wtopę, utratę punktu i obowiązkową zmianę stron. Zero filozofii, zero ideologii, czysta fizyka i jeszcze czystsza sprawiedliwość.
Dziś, po kilkudziesięciu latach obserwowania życia publicznego, dochodzę do wniosku, że ta zapomniana podwórkowa dyscyplina sportowa była najuczciwszym modelem ustrojowym, jaki kiedykolwiek w Polsce funkcjonował. Bo w przeciwieństwie do naszej sceny politycznej, w bekach wiadomo było, kiedy gra się kończy, kto zawinił i dlaczego trzeba zejść na drugą stronę.
Od dawna nurtuje mnie pytanie, dlaczego III Rzeczpospolita — mimo upływu lat, zmiany pokoleń, wstrząsów dziejowych i miliardów słów wypowiedzianych w mediach — nie doczekała się żadnej nowej jakości politycznej. Dlaczego od dekad tkwimy w monotonnym meczu rewanżowym między drużyną Jarosława Kaczyńskiego a zespołem Donalda Tuska. I w końcu zrozumiałem: bo to nie jest mecz. To jest gra w beki.
Zasady są identyczne jak na moim podwórku sprzed lat, z jednym drobnym wyjątkiem: tu wolno kopać piłkę ile razy się chce. Ba, im więcej kopnięć, tym lepiej. PiS kopie PO, PO kopie PiS, media kibicują, publiczność wrzeszczy, a piłka — czyli Polska — dostaje raz z lewej, raz z prawej. I nikt nie traci punktu. Nikt nie zmienia stron z własnej woli. Gra trwa wiecznie.
Klucz do zrozumienia tej groteski tkwi jednak nie w samych zawodnikach, lecz w widowni. A dokładniej: w genialnej w swej prostocie sztuczce socjotechnicznej, którą komuniści opanowali do perfekcji już w latach powojennych. Wtedy to, z biednej i zapomnianej prowincji - nie ze wsi, bo prawdziwy polski chłop by ziemi nie opuścił - przerzucono do miast rzesze ludzi, którym bloki z wielkiej płyty wydały się pałacami, a zaoczna matura — szczytem awansu cywilizacyjnego. W ten sposób wyprodukowano nową elitę: ni pies, ni wydra, za to wierną, wdzięczną i śmiertelnie poważną w swojej świeżo nabytej godności.
Ich dzieci zostały „nową inteligencją”, a wnuki — po 1989 roku — inteligencją już pełną gębą, choć raczej nowobogacką intelektualnie. Mechanizm pozostał ten sam: wystarczyło powiedzieć im, że są lepsi, mądrzejsi i bardziej postępowi niż reszta „ciemnego społeczeństwa”. A wtedy zrobią wszystko. Nawet będą bronić tego złudzenia do ostatniej kropli krwi — własnej lub cudzej.
Adam Michnik zrozumiał to doskonale. Donald Tusk zrozumiał to jeszcze lepiej. Jarosław Kaczyński — co tu dużo mówić — też pojął reguły gry. I tak oto cała III RP zamieniła się w boisko do beków, na którym co jakiś czas zmienia się tylko kolor koszulek, a piłka dalej obrywa.
Telewizja TVN24 z równą pasją produkuje oświeconych wyznawców Platformy, jak TV Republika hartuje „lud pisowski” w wierze, że myślenie jest niebezpieczne, a pytania są zdradą. Patrząc na to wszystko, mam nieodparte wrażenie, że mieszkam w kraju, który media zamieniły w jeden wielki dom wariatów, a narodową specjalnością stała się paranoidalna schizofrenia polityczna.
Najzabawniejsze — jeśli w ogóle można tu mówić o zabawie — jest to, że PiS i PO muszą ze sobą wojować. Ostateczne zwycięstwo którejkolwiek strony oznaczałoby jej śmierć. Bez wroga nie ma beków. Bez beków nie ma awansu, elitarności i moralnej wyższości. A bez tego cały ten teatr rozsypałby się jak bramka z cegłówek po solidnym strzale.
Dlatego wahadło władzy musi się bujać. Raz jedni, raz drudzy. Dla pozoru, dla złudzeń, dla podtrzymania emocji. A ja coraz częściej boję się nie tego, kto wygra następne wybory, lecz tego, kto naprawdę kręci tą karuzelą i śmieje się, patrząc jak kolejni zawodnicy kopią piłkę po raz trzeci, czwarty i piąty — bez żadnych konsekwencji.
Bo w prawdziwych bekach po drugim kopnięciu gra się kończyła. I może właśnie dlatego były one uczciwsze niż cała nasza współczesna polityka.
Słowem, PiS i Platforma od lat egzystują wskutek wahadłowego wymieniania się władzą, a po prawdzie jedni warci drugich. Chcecie Państwo konkretnych przykładów? Bardzo proszę. Chyba nikt nie zaprzeczy, że przykładowo: tandem Joński - Szczerba reprezentuje podobny poziom politycznej przydatności, co duet Obajtek - Ozdoba, - itd, itp, itd.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki AGH oraz niezależny bloger)



Komentarze
Pokaż komentarze (26)