echo24 echo24
216
BLOG

American Dream, czyli sprytny bajer trumpistów dla użytecznych idiotów

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 22
Dlatego bez żalu wyjechałem z USA

Pisane w celu obnażenia prawdy, kim rzeczywiście jest osobnik, który w dniu dzisiejszym poniżył kombatancki etos polskiego żołnierza

American Dream to jedna z najbardziej udanych bajek politycznych XX i XXI wieku. Bajka prosta, toporna i skuteczna jak młot pneumatyczny: haruj, nie marudź, a kiedyś będziesz bogaty. A jeśli nie jesteś – to znaczy, że za mało się starałeś. Ten mit przez dekady robił za moralny knebel dla milionów ludzi, którzy tyrali ponad siły, by bogaci mogli tyrzeć spokojnie.

Nie piszę tego z perspektywy salonowego mędrka ani twitterowego rewolucjonisty. Wiem, jak ten „sen” pachnie – a raczej cuchnie – z autopsji. Na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku, jako polski student dorabiający w USA na wizie studenckiej, zaliczyłem amerykański etos ciężkiej pracy w jego najbardziej prymitywnej, taśmowej postaci. Widziałem ludzi harujących jak zaprzęgnięte do kieratu konie i dumnych z tego, że jeszcze nie padli. Widziałem, jak z wyzysku robi się cnotę, a z niewolniczej rutyny – powód do narodowej dumy.

Donald Trump pojął jedno: ten mit nie umarł, on tylko potrzebował nowego bajarza. I Trump wszedł w tę rolę jak aktor do wyuczonej roli – z pomarańczową twarzą, nadętą frazą i palcem wskazującym, jakby był reinkarnacją Wuja Sama po kuracji botoksem. „I want you” zamienił na „I love you”, a tłum oszalał z zachwytu.

Trump nie przywrócił godności pracy. On ją sprzedał w promocji, jak tani patriotyczny gadżet. Robotnikom obiecał dumę, nie płace. Dumę, nie urlop. Dumę, nie ochronę zdrowia. A gdy przyszło do konkretów – podatki obniżył najbogatszym, regulacje skasował, związki zawodowe potraktował jak komunistyczny relikt. Bo w trumpistowskiej bajce pracownik ma być wdzięczny, że w ogóle może pracować.

Cała ta hucpa polega na jednym: wmówić ludziom, że są bohaterami, podczas gdy są mięsem armatnim systemu. Trump mistrzowsko przekierowuje frustrację – nie w stronę banków, korporacji i miliarderów, ale w stronę migrantów, elit, Europy, Chin i mitycznego „deep state”. Klasyczna sztuczka kuglarska: jedną ręką machać flagą, drugą sięgać do kieszeni widza.

A publika klaszcze. Bo Trump mówi dokładnie to, co chce usłyszeć zmęczony, sponiewierany robotnik: że żyje w najwspanialszym kraju świata, że jest częścią wielkiej historii i że jego pot i krew są dowodem patriotyzmu. I kiedy Trump wygaduje egzaltowane brednie o rakietach Muska wracających do „kochających ramion matki”, tłum wyje z zachwytu, bo usłyszał, że to on – swoją harówą – ten cud umożliwił.

W tej bajce Elon Musk jest cudownym dzieckiem, Trump prorokiem, a reszta ma bić brawo i skandować „USA!”. Że rachunki rosną? Że ceny szybują? Że praca staje się coraz bardziej niepewna? Detale. Najważniejsze, że „Ameryka znów jest wielka”.

American Dream w wersji trumpistów to więc nie idea, lecz ideologiczny dopalacz dla użytecznych idiotów – ludzi uczciwych, ciężko pracujących i naiwnie wierzących, że system, który ich miele, robi to dla ich dobra. Bajka działa, bo daje sens życiu pozbawionemu realnych perspektyw. Lepiej wierzyć, że jest się bohaterem epopei, niż frajerem w maszynie.

Minęło ponad pół wieku od mojego pobytu w USA i jedno mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem: zmieniły się technologie, narracje i fryzury, ale mentalna konstrukcja pozostała ta sama. Nadal sprzedaje się bajkę o dobrym Wuju Samie – dziś pod postacią Wuja Donalda, wysmarowanego samoopalaczem i przemawiającego językiem telewizyjnego kaznodziei.

I Trump o tym wie. Wie, że wystarczy odpowiedni bajer, kilka haseł, trochę patriotycznego bełkotu – a tłum sam dopowie sobie resztę. Bo American Dream nie jest już marzeniem. Jest politycznym narkotykiem. A trumpizm – jego najczystszą, syntetyczną formą.

Na sam koniec warto powiedzieć to wprost, bez metafor i bez pudru: American Dream to nie marzenie, tylko tresura. Tresura ludzi pracy do akceptowania wyzysku jako cnoty, nędzy jako etapu przejściowego i poniżenia jako patriotyzmu. Trump nie jest żadnym zbawcą ani „człowiekiem z ludu” – jest konferansjerem w cyrku nierówności, który z megafonu ogłasza, że widzowie powinni być wdzięczni, iż wolno im sprzątać arenę po występie lwów. A kiedy tłum bije brawo, bo uwierzył, że to on jest gwiazdą spektaklu, właściciele cyrku liczą zyski. I właśnie dlatego trumpizm nie potrzebuje myślących obywateli – wystarczą mu wierni, zmęczeni i dumni z tego, że dali się wykorzystać.

Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik,

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (22)

Inne tematy w dziale Polityka