Nie ma się, co łudzić. To nie była podróż dyplomatyczna. To nie była wizyta strategiczna. To nie była nawet wycieczka krajoznawcza z elementami jet lagu. To jest ciekawostka przyrodnicza. A dokładniej: modelowe przyciąganie się dwóch jednostek obdarzonych kompatybilnym poziomem „fiksum-dyrdum”.
Bo – jak uczy nas psychologia codzienna, ta spod budki z kebabem i z komentarzy internetowych – ludzie o podobnym stężeniu osobliwości nie tylko się znakomicie rozumieją. Oni się odnajdują, jak dwa zagubione piloty od telewizora w jednym mieszkaniu.
Zrozumienie bez słów (choć słów dużo)
Wyobraźmy sobie tę scenę: spotkanie dwóch głów państw, które nie muszą sobie niczego tłumaczyć.
Jeden mówi: „To było największe zwycięstwo w historii, nikt nigdy tak nie wygrał, wszyscy eksperci są pod wrażeniem, nawet ci, którzy nie istnieją”.
Drugi odpowiada: „Polska jest dziś silniejsza niż kiedykolwiek, choć właściwie to dopiero będzie, ale już jest, tylko jeszcze nie do końca”.
I zapada cisza. Cisza pełna zrozumienia. Bo oni wiedzą. Oni czują, że sens jest drugorzędny. Liczy się moc wypowiedzi. Zaś to, czy zdanie trzyma się kupy, jest kwestią bardziej estetyczną, niż merytoryczną.
Wspólny język: dialekt niedorzeczności
W ostatnich tygodniach obaj panowie zdawali się prowadzić równoległy eksperyment językowy.
Jednego dnia: – coś jest absolutnie pewne. Drugiego: – to była metafora. Trzeciego: – nigdy tak nie powiedzieli. Czwartego: – jeśli powiedzieli, to mieli rację.
To nie są sprzeczności. To jest styl. To jest jazz polityczny, słowem improwizacja na temat rzeczywistości, która zwykle nie nadąża za artystą.
Mowa ciała: teatr dwóch aktorów
Na polskiej niwie: Podbródek uniesiony – jakby zaraz miał spaść na nas dekret. Palec wskazujący – raz prorocki, raz oskarżycielski, zawsze dramatyczny. Spojrzenie – od „kocham naród” do „zaraz komuś..., przepraszam kogoś mentalnie zdelegalizuję”.
A po drugiej stronie oceanu? Ręce pracujące jak dwa narracyjne wiatraki. Usta układające się w miny od triumfu z uśmiechem Lancastera, po dzióbek oburzenia w ciągu 0,7 sekundy. Gniew pojawiający się szybciej niż logika zdąży się ogarnąć.
Tak. Tak. To nie są politycy. To są emocjonalni performersi, albo jak kto woli: polskiego disco polo bądź amerykańskiego country.
Skłonność do mijania się z prawdą (w wersji kreatywnej)
Obu panom nie chodzi o to, że coś jest prawdą albo nie. Chodzi o to, że prawda jest materiałem roboczym. Można ją rozciągnąć, skrócić, podrasować, – albo – w sytuacjach wymagających – zastąpić wierutnym kłamstwem.
Ich wspólny „bzik” polega na tym, że obaj panowie traktują rzeczywistość jak szkic, który dopiero w ich ustach nabierze właściwego kształtu.
Infantylizm jako strategia
Ich specjalnością są dziecinnie proste komunikaty. Emocje jak w baśniach z tysiąca i jednej nocy. Świat podzielony na „my” (lepsi) i „oni” (gorsi). To nie przypadek. To język, który jak w bajkach dla dzieci nie komplikuje – tylko upraszcza by elektorat łatwiej przełknął. A w bajkach zawsze wiadomo, kto jest smokiem.
Problem wszakże w tym, że smok zwykle zmienia się co tydzień.
Kompleksy i marzenia
Tu robi się ciekawie. Bo pod warstwą patosu, bombastycznych gestów i retorycznego złota czai się coś bardzo ludzkiego: potrzeba uznania, potrzeba wielkości, potrzeba zapisania się w historii (najlepiej pogrubioną czcionką).
I dlatego: jeden widzi siebie jako największego lidera w dziejach światowej polityki, drugi – jako wcielenie narodowego mesjasza.
Obaj natomiast zdają się marzyć o tym samym: żeby świat wreszcie klaskał w odpowiednim rytmie.
Dlaczego USA?
Odpowiedź jest banalna i psychologicznie czysta. Bo tam jest ktoś, kto gra na tej samej częstotliwości retorycznej. To nie jest spotkanie polityczne. To jest rezonans, lecz dwa „fiksum-dyrdum” wpadające w synchronizację zrozumiałą dla „ciemnego luda”.
Słowem dwa temperamenty, które: nie wymagają doprecyzowania, niebojące się sprzeczności, i niewidzące problemu w tym, że wczorajsze zdanie dzisiaj już znaczy tyle, co niegdysiejsze śniegi.
Wnioski:
Mówi się, że przeciwieństwa się przyciągają. Być może.
Ale historia – i bieżące wydarzenia – pokazują coś znacznie ciekawszego: że nic tak nie łączy ludzi jak wspólna niedorzeczność.
A gdy spotkają się dwie głowy państw o kompatybilnym poziomie „pozytywnego zakręcenia”… to nie jest dyplomacja lecz tragikomiczne przedstawienie.
I – trzeba uczciwie przyznać – całkiem dobrze się to ogląda.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki, niezależny bloger)


Komentarze
Pokaż komentarze (7)