echo24 echo24
112
BLOG

Salon trumpistycznych elit, czyli bal na Titanicu z widokiem na krainę absurdu

echo24 echo24 Rozmaitości Obserwuj notkę 12
Z przerażeniem patrzę dokąd zmierza Ameryka

Gdyby Donald Trump postanowił kiedyś opatentować zjawisko społeczne, które sam niechcący stworzył, zapewne nazwałby je „największym salonem świata, może nawet w historii, nikt nie widział większego”. I trudno byłoby mu odmówić racji – bo oto na naszych oczach wyrósł osobliwy rezerwat snobistycznej próżności, w którym samozwańcza arystokracja epoki czerwonych czapeczek urządza sobie niekończący się bal przebierańców.

Salon ten – rozciągający się od złoconych korytarzy Mar-a-Lago po klimatyzowane wnętrza hoteli w Miami – skupia postacie tak barwne, że nawet prekursor przemysłu rozrywkowego P. T. Barnum uznałby je za zbyt przerysowane. Spotkać tam można tuzów intelektu pokroju burmistrza Rudy Giulianiego, wizjonerów ekonomii w stylu Elona Muska (który wpada raczej z ciekawości antropologicznej), czy ideowych bojowników narracji spod znaku szefa kampanii wyborczej Donalda Trumpa i znanego z mowy nienawiści ultra-prawicowca Steve Bannona.

To miło rozgadane towarzystwo wzajemnego zachwytu nad samymi sobą – zdaje się być pierwszym udokumentowanym przypadkiem ewolucji wstecznej, której Karol Darwin najpewniej nie przewidział nawet w najśmielszych przypuszczeniach. Oto bowiem mamy do czynienia z elitą, która z zapałem godnym lepszej sprawy udowadnia, że rozwój osobniczy można nie tylko zatrzymać, ale i widowiskowo cofnąć – najlepiej przy akompaniamencie własnych oklasków.

Ich codzienność przypomina starannie wyreżyserowany spektakl: poranny jogging (dla zdjęć), kawa w klubie biznesowym (dla plotek), lunch w restauracji, której ceny mają więcej zer niż sensu, a wieczorem kolacja w hotelu, gdzie kelnerzy nauczyli się już nie reagować na zdanie: „czy wie pan, kim ja jestem?”.

Kulminacją sezonu towarzyskiego są oczywiście wydarzenia o randze niemal sakralnej: gale w stylu Conservative Political Action Conference, zamknięte przyjęcia w Mar-a-Lago, czy charytatywne bale, na których hojność mierzona jest wysokością napiwku. Tam właśnie, przy dźwiękach orkiestry zagłuszanej przez własne ego uczestników, rodzi się przekonanie o własnej dziejowej misji. W tym miejscu warto też wspomnieć o mega snobistycznym polonijnym Międzynarodowym Balu Polonaise w Miami na Florydzie organizowanym rokrocznie przez wdowę po amerykańskim królu whisky, pierwszą damę amerykańskich polonijnych elit biznesowych - multimiliarderkę lady Blanką Rosenstiel. Bal, na którym można obejrzeć najdorodniejsze okazy polonosnobów na półkuli północnoamerykańskiej.

Nie sposób nie wspomnieć o modzie – tej szczególnej odmianie haute couture, która każe nosić garnitury droższe niż gust ich właścicieli. Salonowiec trumpistyczny wygląda bowiem tak, jakby jego stylistą był algorytm uczący się na podstawie reklam luksusu z lat 90. Do tego obowiązkowy sygnet „z herbem” (produkcji masowej), zegarek wielkości patelni z półkilogramową bransoletą i mina człowieka, który właśnie odkrył Amerykę.

Oczywiście, wzorem swego idola, modelowy trumpistyczny salonowiec rutynowo grywa w golfa, żeby zaszpanować wysokością składki przed podobnymi mu kabotynami.

W tej egzotycznej menażerii szczególne miejsce zajmują również damy salonu – nieustraszone amazonki zakupów, które potrafią w ciągu jednego popołudnia udowodnić, że pieniądze szczęścia nie dają, ale za to znakomicie maskują jego brak. Ich „babskie party” to wydarzenia o dynamice konferencji prasowej bez mikrofonów – wszystkie mówią jednocześnie, żadna nie słucha, a sens wypowiedzi ginie szybciej niż rozsądek przy gościnnym barze. Symptomatyczne jest również obwieszanie się brylantami i złotem w najtęższe upały.

Lecz najbardziej fascynujący jest fundament tego świata: niewzruszona niczym wiara, że to wszystko ma sens. Że obietnice o zakończeniu wszystkich wojen świata brzmią wiarygodnie. Że Nagroda Nobla czai się tuż za rogiem, być może między polem golfowym a kolejną salą balową „największą w historii”.

Ten salon bowiem – niczym orkiestra na Titanicu – gra dalej, choć statek dawno obrał kurs na krainę absurdu. I co najciekawsze, jego pasażerowie klaszczą najgłośniej właśnie wtedy, gdy woda sięga już po kostki.

Bo „najzabawniejsze”, jest to, że cały ten spektakl trwa w najlepsze – a jego bohaterowie wciąż tkwią w świętym przekonaniu, że uczestniczą nie w farsie, lecz w triumfalnym pochodzie.

I być może właśnie to jest największym osiągnięciem tego salonu: stworzenie świata, w którym groteska nie tylko uchodzi za normę, to jeszcze domaga się owacyjnych oklasków na stojąco.

I tylko młodych żal!

Zobacz galerię zdjęć:

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik, bloger niezależny

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (12)

Inne tematy w dziale Rozmaitości