W Polsce nastały rekordowe upały, ludzie pozostali w domach, więc dla ochłody mam dla Was mrożącą krew w żyłach opowieść.
W naszej klasie III Męskiego Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Kochanowskiego w Krakowie od samego początku zaznaczył się wyraźny podział na liczną grupę bezwolnie posłusznych kujonów oraz znacznie mniej liczną gromadkę zawadiackich, z natury inteligentnych wagantów. A jak później pokazało życie, ci pierwsi niewiele zdziałali, natomiast z grona owych „czarnych owiec” wyrosła plejada ludzi, którzy zrobili naprawdę błyskotliwe kariery.
Latem 1961 roku, na rok przed maturą, kiedy grupa klasowych wagantów zdążyła już przebrać wśród dorodniejszych latorośli krakowskich liceów żeńskich, zapragnęliśmy czegoś jeszcze bardziej rajcownego. Wtedy narodził się pomysł niezwykłego balu, który miał się odbyć... w podziemnej jaskini. Z partnerkami – bynajmniej nie licealnymi.
Rozpierzchli się chłopcy po mieście w poszukiwaniu balowych partnerek. Każda z zaproszonych dziewcząt słyszała, że została wybrana spośród wielu kandydatek do udziału w ekskluzywnym balu, na którym obowiązywać będą możliwie najbardziej eleganckie stroje wieczorowe.
Wynajęte z Orbisu autobusy, ozdobione girlandą z napisem „WITAJCIE KSIĘŻNICZKI”, czekały na parkingu obok hali Wisły.
Boże! Gdybyście mogli zobaczyć tę scenę, gdy moi kamraci zaczęli przyprowadzać swoje wybranki. Do dziś mam przed oczami rozpromienione twarze tych dzielnych łowców, którzy z dumą prezentowali swoje trofea niczym poławiacze pereł.
A było na co popatrzeć.
Nigdy nie zapomnę tych domowych kreacji, cekinów, falban i kokard lansowanych przez nieśmiertelną „Przyjaciółkę”. Utapirowanych fryzur oprószonych brokatem z utłuczonych w moździerzu bombek choinkowych. I charakterystycznych dla tamtej epoki trójkątnych kącików oczu przyciemnionych sadzą ze spalonej zapałki. A wszystko zanurzone w ciężkich oparach perfum, którymi Związek Radziecki szczodrze zalewał polski rynek.
Ale wracajmy do rzeczy.
Na dobry początek dziewczęta poczęstowano tak zwaną lornetą, czyli dwiema pięćdziesiątkami czystej wyborowej z kiszonym ogórkiem na zagryzkę. Po chwili rozochocone uczestniczki z radosnym chichotem wskoczyły do autobusów, które miały je zawieźć na długo wyczekiwaną zabawę marzeń.
Spróbujcie sobie tylko wyobrazić ich miny, gdy z nagrzanych letnim słońcem autobusów wysiadły przed wejściem do groty, z której buchał lodowaty oddech przepastnej jaskini.
Krakowscy grotołazi wiedzą doskonale, że w Grocie Wierzchowskiej rzeczywiście znajduje się komora zwana balową. Wiedzą również, że aby tam dotrzeć, trzeba najpierw przecisnąć się przez labirynt skalnych szczelin.
Na twarzach panienek pojawił się cień niepokoju – o z trudem zdobyte suknie, fryzury i makijaż. Po krótkim wahaniu zwyciężyły jednak ciekawość i chęć uczestniczenia w tym tajemniczym, ekskluzywnym balu.
Nie bacząc na wieczorowe kreacje, ruszyły gęsiego w głąb pieczary.
Do dziś, gdy czasem dopada mnie bezsenność, widzę przed oczami te biedne dziewczęta pełznące na czworakach przez skalne rozpadliny. A jednak ciekawość okazała się silniejsza od rozsądku. Było jasne, że tych odważnych dziewczyn nic już nie zawróci.
I rzeczywiście — nic ich nie powstrzymało.
To jednak nie był koniec niespodzianek.
Kilka dni wcześniej przeciągnęliśmy do groty trzysta metrów kabla, aby zapewnić oświetlenie i muzykę.
Rozpoczął się bal, który przebiegał dokładnie według przygotowanego przez nas scenariusza.
W dyskretnie podświetlonym jaskiniowym barze, na wapiennej półce pośród stalaktytów, stały w bojowym szyku baterie win owocowych tak szlachetnych marek jak Flisak, Rycerskie, Barbakan oraz sprowadzana z Rumunii Lacrima.
Prawdziwym przebojem był jednak Czar Nałęczowa z niezapomnianym napisem na odwrocie etykiety:
„Płynne słońce polskich sadów”.
Po degustacji rozpoczęły się tańce.
Najpierw rockandrollowe przeboje Jerry'ego Lee Lewisa i Chucka Berry'ego, aby rozgrzać zziębnięte panienki. Potem przyszła kolej na długą serię ckliwych pościelówek, tańczonych posuwistym krokiem wyuczonym w słynnej szkole tańca pana Wieczystego.
Wreszcie nadszedł moment kulminacyjny.
Z głośników popłynął przebój Janusza Gniatkowskiego Apassionata
Gdy uznaliśmy, że publiczność odpowiednio wczuła się w klimat, przyszła pora na gwóźdź programu.
Muzyka nagle ucichła.
Zapadła złowroga cisza.
Zgasło światło.
Nasz klasowy chór rozpoczął przećwiczoną wcześniej sekwencję:
CIEMNO WSZĘDZIE!
GŁUCHO WSZĘDZIE!
CO TO BĘDZIE?
CO TO BĘDZIE?
I wtedy wydarzyło się coś, czego nie przewidział nawet najbardziej pomysłowy scenarzysta.
Przerażone na serio dziewczęta zareagowały takim piskiem, że spod sklepienia poderwały się śpiące kolonie nietoperzy.
Rozpętało się prawdziwe piekło.
W chybotliwym świetle świec po mokrych ścianach jaskini tańczyły olbrzymie cienie ludzi i zwierząt. Przerażone dziewczęta próbowały odpędzać równie przerażone gacki, a pisk nietoperzy mieszał się z okrzykami uczestników balu.
Chaos był absolutny.
Nie wiadomo, jak zakończyłaby się ta historia, gdyby nie zapas mocniejszych trunków, a przede wszystkim pachnąca Karpatami śliwowica z Łącka, którą można było podpalić od zwykłej zapałki.
Jej tajemna moc szybko ukoiła skołatane nerwy. Dziewczęta, jeszcze przed chwilą śmiertelnie wystraszone, zaczęły szukać schronienia w ramionach swoich rycerzy.
A my, dręczeni wyrzutami sumienia, już całkowicie poza scenariuszem, staraliśmy się wynagrodzić im doznane emocje. I chyba robiliśmy to całkiem skutecznie, skoro ośmielam się sądzić, że żadna z uczestniczek tamtej nocy nie czuła się później zaniedbana.
Przekonałem się o tym po półwieczu.
Na ulicy Floriańskiej w Krakowie dosłownie wpadłem na jedną z uczestniczek owego balu. Spojrzała na mnie, po czym wykrzyknęła bez cienia urazy:
— Cześć, Krzysiu! Kurde balans! Ale to zleciało! Pamiętasz ten jajcarski bal w grocie pod Krakowem? Opowiadałam o nim córce chyba ze sto razy. Jak było fajowo!...
I Jeszcze puenta.
Dziś ktoś mógłby powiedzieć, że byliśmy hordą nieodpowiedzialnych łobuziaków. I pewnie miałby trochę racji.
Tyle tylko, że tamten świat był inny.
Dorastaliśmy w rzeczywistości, w której wszystko miało być jednakowe: poglądy, życiorysy, marzenia, fryzury, a najlepiej także charaktery. PRL nie lubił ludzi niepokornych. Dlatego naszą formą sprzeciwu nie były manifesty polityczne ani konspiracyjne ulotki. Naszą bronią były żarty, prowokacje, absurdalne pomysły, kontestacja codzienności, kpina z nadętego porządku świata i demonstracyjne prawo do robienia rzeczy całkowicie niepraktycznych.
Był w tym odruch wolności. Był sowizdrzalski duch studenckiej bohemy, trochę dandysowski gest, trochę przekora, a trochę zwyczajna potrzeba oddychania pełną piersią w kraju, który chciał wszystko regulować i wszystkim zarządzać.
Dzisiaj, z perspektywy sześćdziesięciu kilku lat, myślę, że najważniejszy nie był sam bal ani nawet słynny Czar Nałęczowa. Najważniejsze było to, że choć przez jedną noc udało nam się stworzyć własny świat – niepodległy wyobraźni urzędników, partyjnych sekretarzy i wszystkich tych, którzy usiłowali urządzić nam życie według jedynie słusznego scenariusza. I może właśnie dlatego wspominamy tamtą noc z uśmiechem, a nie z poczuciem winy. Bo była ona przede wszystkim małym, prywatnym świętem wolności.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki, bloger niezależny)
Post Scriptum
Internautka skrywająca się za nickiem @Starababa dodała do notki następujący komentarz:
„Nigdy nie zapomnę tych domowych kreacji, cekinów, falban i kokard lansowanych przez nieśmiertelną „Przyjaciółkę”. Utapirowanych fryzur oprószonych brokatem z utłuczonych w moździerzu bombek choinkowych. I charakterystycznych dla tamtej epoki trójkątnych kącików oczu przyciemnionych sadzą ze spalonej zapałki. A wszystko zanurzone w ciężkich oparach perfum, którymi Związek Radziecki szczodrze zalewał polski rynek."
Gdyby miał pan w sobie chociaż odrobinę męskości, to nigdy nie napisałby pan takich niegodziwości.
Za chwilę dowiemy się, że ten słynny Epstein, to u pana zaledwie terminował, a ta powołana przez Tuska specjalna komisja wyśle po pana swoich siepaczy i w ten sposób wpisze się pan w kolejne pokolenie prześladowanych Pasierbiewiczów”.
--------
Więc tak odpowiedziałem na ten komentarz:
Szanowna Starababo,
Na Twoje ręce składam diagnozę:
Pani, i wszyscy Pani podobni - macie nieuleczalne fixum dyrdum na punkcie Tuska.


Komentarze
Pokaż komentarze (38)