Pisałem już o tym wcześniej - https://www.salon24.pl/u/salonowcy/1478369,apel-o-opamietanie-poki-jeszcze-nie-jest-na-wszystko-za-pozno , lecz w obliczu coraz bardziej niebezpiecznej sytuacji, w której znalazło się nasze państwo – jeszcze raz przypomnę ten apel do Polaków o zwarcie szeregów.
Są książki, które się czyta. Są przemówienia, które się pamięta. I są zdania, które – niczym dzwon Zygmunta – rozbrzmiewają przez stulecia.
Jedno z nich napisał Cyprian Kamil Norwid w 1862 roku:
„Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł – i jesteśmy karykatury, i jesteśmy tragiczna nicość i śmiech olbrzymi. ”
Czy można wystawić bardziej gorzką diagnozę własnemu narodowi?
Można. Wystarczy otworzyć telewizor. Czyż nie to właśnie obserwujemy dzisiaj?
Z jednej strony nowo wybrany prezydent, który zapowiada, że będzie konsekwentnie korzystał z prerogatyw głowy państwa i nie zamierza być notariuszem rządu. Z drugiej – gabinet premiera Donalda Tuska, przekonany o słuszności własnego programu i gotowy twardo bronić swoich racji. Wszystko wskazuje na to, że przed Polską kolejne lata ostrego politycznego klinczu.
Norwid zapewne zapytałby z właściwą sobie ironią: czy walczycie jeszcze o Polskę, czy już tylko o to, kto będzie miał wyłączność na używanie słowa „Polska”?
Każda ze stron przekonuje, że broni demokracji. Każda oskarża przeciwnika o jej niszczenie. Każda przedstawia siebie jako ostatnią barykadę cywilizacji, prawa i patriotyzmu. A obywatel? Coraz częściej przypomina pasażera statku, którego załoga zamiast ratować okręt, prowadzi bój o to, kto pierwszy stanie na mostku kapitańskim.
Niepokoi mnie jednak jeszcze coś innego.
Od lat znaczna część prawicy głosi hasła jedności narodowej. Tymczasem w praktyce często obserwujemy ostre konflikty wewnątrz własnego obozu, publiczne rozliczenia i wzajemne oskarżenia, które osłabiają zdolność do przedstawienia spójnej alternatywy politycznej. Można odnieść wrażenie, że ambicje liderów nieraz okazują się silniejsze od troski o trwałość wspólnego projektu.
Historia uczy, że państwa rzadko przegrywają wyłącznie z powodu siły przeciwników. Znacznie częściej przegrywają wskutek własnych podziałów.
Norwid nazwałby to zapewne kolejnym dowodem, że „Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł ”. Bo łatwo jest maszerować pod sztandarem. Znacznie trudniej zrezygnować z własnej ambicji dla dobra wspólnego.
Norwid nie pisał o Polsce zaborów. Pisał o Polakach. A Polacy – jak się okazuje – zmieniają dekoracje, lecz nie zawsze zmieniają obyczaje.
Poeta zauważył coś, czego do dziś nie potrafimy przezwyciężyć. Jako naród jesteśmy zdolni do rzeczy wielkich. Broniliśmy Europy pod Wiedniem. Walczyliśmy o wolność przez sto dwadzieścia trzy lata niewoli. Powstaliśmy z ruin po II wojnie światowej. Zburzyliśmy komunizm. Gdy trzeba ratować bliźnich – otwieramy serca i portfele szerzej niż wiele bogatszych narodów.
Ale kiedy przychodzi zwyczajny dzień powszedni - wtedy zaczyna się polskie piekiełko. Wtedy ważniejsze od dobra wspólnego staje się dobro partyjne. Wtedy racja ustępuje miejsca racji stanu własnego obozu. Wtedy nie pytamy: „Co będzie dobre dla Polski? ”, lecz: „Komu to politycznie zaszkodzi albo pomoże? ”.
Czyż nie na tym polega tragedia III Rzeczypospolitej?
Od dwudziestu lat dwie największe partie przekonują Polaków, że tylko one mają patent na patriotyzm. Jedni przedstawiają drugich niemal jako zagrożenie dla istnienia państwa. Ci drudzy z równym zapałem odpłacają pięknym za nadobne.
A obywatele? Jak wierni kibice dwóch zwaśnionych klubów, gotowi są wybaczyć „swoim” wszystko, byle tylko „tamci” nie wygrali. Czy naprawdę o taką Polskę walczyli nasi przodkowie?
Norwid napisał jeszcze jedno zdanie, które powinno wisieć nad wejściem do Sejmu:
„Jesteśmy wielkim sztandarem narodowym... ale żadnym społeczeństwem ”
Czyż nie brzmi ono jak komentarz do współczesności? Uwielbiamy wielkie słowa. Honor. Ojczyzna. Suwerenność. Demokracja. Praworządność. Konstytucja.
Każde z tych pojęć odmieniają przez wszystkie przypadki politycy każdej opcji. Ale kiedy przychodzi czas próby, owe wielkie słowa zbyt często okazują się jedynie rekwizytami w teatrze politycznym.
Bo jeśli naprawdę szanujemy demokrację, dlaczego uznajemy ją tylko wtedy, gdy wygrywają „nasi”? Jeśli naprawdę bronimy praworządności, dlaczego mierzymy ją różnymi miarami, zależnie od tego, kto akurat sprawuje władzę? Jeśli naprawdę kochamy Polskę, dlaczego z taką łatwością obrażamy połowę Polaków tylko dlatego, że głosują inaczej?
Można odnieść wrażenie, że w naszej polityce obowiązuje osobliwa wersja Dekalogu:
Nie będziesz miał innych racji oprócz racji własnej partii. Nie mów dobrze o przeciwniku. Nie szukaj porozumienia. Nie wybaczaj. Nie pamiętaj własnych błędów. Pamiętaj wyłącznie cudze…
A przecież państwo nie jest łupem zwycięzców wyborów. Nie jest prywatnym folwarkiem żadnej partii. Nie jest sceną niekończącego się serialu pod tytułem: „Osiem lat waszych – osiem lat naszych ”.
Państwo jest dobrem wspólnym. I właśnie tego – mam wrażenie – najbardziej nam brakuje.
Norwid pisał, że jesteśmy narodem stojącym na jednej nodze. Druga – społeczeństwo obywatelskie – jest kaleka. Trudno o trafniejszą metaforę. Bo naród potrafi maszerować. Społeczeństwo musi umieć współpracować.
A z tym bywa znacznie gorzej. Potrafimy razem śpiewać hymn. Trudniej razem naprawić chodnik. Potrafimy godzinami dyskutować o zdradach narodowych sprzed stu lat. Znacznie trudniej spokojnie wysłuchać sąsiada, który ma inne poglądy. Potrafimy budować pomniki. Znacznie trudniej budować zaufanie.
Najbardziej przejmujące pozostaje jednak ostatnie zdanie Norwida:
„Słońce nad Polakiem wstawa, ale zasłania swe oczy nad człowiekiem. ”
Czyż nie o to właśnie chodzi? Bo Ojczyzna nie mieszka w pomnikach. Ojczyzna mieszka w ludziach. W ich uczciwości. W ich odpowiedzialności. W ich kulturze. W ich zdolności do szanowania drugiego człowieka.
Może więc największym patriotą nie jest ten, kto najgłośniej krzyczy „Polska!”, lecz ten, kto codziennie zachowuje się przyzwoicie.
Norwid wiedział, że naród można oszukać sloganem. Społeczeństwa – nigdy.
Dlatego jego słowa bolą również dziś. I być może będą boleć tak długo, dopóki zamiast budować wspólnotę obywateli, będziemy hodować armie nienawidzących się wzajemnie wyznawców. Bo wtedy nadal będziemy olbrzymami od rocznic, pochodów i patriotycznych uniesień, a karłami wszędzie tam, gdzie potrzebna jest zwykła ludzka przyzwoitość.
I wtedy, niestety, pozostaniemy – jak pisał Norwid – nie tylko karykaturą, lecz także „tragiczną nicością i śmiechem olbrzymim” .
A przecież żaden naród nie staje się wielki od tego, że bez końca opowiada o własnej wielkości. Naród staje się wielki dopiero wtedy, gdy wielki staje się człowiek.
Przemyślcie to sobie Państwo – zanim będzie już na wszystko za późno.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki, niezależny bloger)
P.S. Ilustrację wykonała sztuczna inteligencja, którą poprosiłem o zilustrowanie tekstu tego ostrzegawczego eseju.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)