Nie ma w demokracji decyzji bardziej brzemiennej w skutki niż wybór człowieka, któremu powierza się ster państwa. Premier nie jest bowiem tylko sprawnym administratorem ani liderem partyjnej większości. Jest twarzą państwa, symbolem jego stylu sprawowania władzy i człowiekiem, którego sposób myślenia z czasem przenika do całej administracji, szkolnictwa, debaty publicznej i kultury politycznej.
Dlatego z ogromnym niepokojem obserwuję coraz częściej powracające spekulacje, że Jarosław Kaczyński widziałby w profesorze Przemysławie Czarnku przyszłego premiera Polski.
Niepokoi mnie to tym bardziej, że przez blisko czterdzieści lat pracowałem jako nauczyciel akademicki na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Miałem okazję obserwować dziesiątki profesorów – ludzi wybitnych i przeciętnych, wielkich autorytetów i takich, którzy posiadali jedynie urzędowy tytuł.
To doświadczenie nauczyło mnie jednej fundamentalnej prawdy.
Profesor nie staje się autorytetem dlatego, że wręczono mu nominację. Autorytet rodzi się z charakteru.
Na moim wydziale wykładało dwóch profesorów ten sam przedmiot. Kiedy studentom pozwolono wybierać wykładowcę, niemal wszyscy zapisali się do jednego z nich. Drugiego omijali tak konsekwentnie, że uczelnia musiała organizować losowanie, aby w ogóle miał komu prowadzić zajęcia.
Dlaczego?
Bo pierwszy potrafił inspirować. Zarażał ciekawością świata. Miał kulturę osobistą, poczucie humoru i naturalną życzliwość wobec młodych ludzi. Drugi dysponował dokładnie takim samym tytułem naukowym, lecz nie posiadał tego, czego nie daje żadna habilitacja – ludzkiego magnetyzmu.
Ta historia wraca do mnie zawsze wtedy, gdy słyszę nazwisko profesora Przemysława Czarnka.
Nie kwestionuję jego formalnych osiągnięć akademickich ani prawa do prezentowania konserwatywnych poglądów. W demokracji każdy ma do tego pełne prawo.
Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy polityk aspirujący do najwyższych stanowisk państwowych buduje swój publiczny wizerunek przede wszystkim na języku konfrontacji.
Jako minister edukacji i nauki profesor Czarnek wielokrotnie wywoływał ostre spory swoimi wypowiedziami. Szczególne oburzenie wywołały jego słowa dotyczące osób LGBT, gdy mówił o „idiotyzmach o jakichś prawach człowieka” i stwierdził, że „ci ludzie nie są równi ludziom normalnym”. Wypowiedzi tego rodzaju spotkały się z szeroką krytyką w kraju i za granicą, ponieważ zostały odebrane jako język wykluczenia, nieprzystający do standardów debaty publicznej w demokratycznym państwie.
I właśnie tutaj dostrzegam to, co nazwałbym ciemną stroną politycznej mocy profesora Czarnka.
Nie chodzi o jego konserwatyzm. Nie chodzi nawet o jego bezkompromisowość.
Chodzi o przekonanie, że politykę można skutecznie uprawiać poprzez nieustanne wskazywanie przeciwników, dzielenie obywateli na "normalnych" i "nienormalnych", "naszych" i "obcych", "patriotów" i "wrogów".
Tak zdobywa się wiernych wyznawców. Nie buduje się jednak wspólnoty narodowej.
Premier demokratycznego państwa powinien posiadać zdolność gaszenia konfliktów, a nie dolewania do nich benzyny. Powinien być człowiekiem, który po zakończonej kampanii wyborczej przestaje przemawiać wyłącznie do własnego elektoratu i zaczyna mówić do całego narodu.
Tak rozumiem istotę przywództwa. Nie wystarczy być skutecznym politycznym wojownikiem. Trzeba jeszcze umieć zostać premierem wszystkich obywateli.
Właśnie dlatego z niepokojem patrzę na uporczywe lansowanie profesora Czarnka jako potencjalnego szefa rządu.
Można odnieść wrażenie, że dla Jarosława Kaczyńskiego najważniejszą kwalifikacją przyszłego premiera nie jest zdolność jednoczenia Polaków, lecz bezwarunkowa lojalność wobec własnego obozu politycznego.
Historia uczy jednak, że państwa nie rozpadają się wyłącznie wskutek kryzysów gospodarczych czy militarnych. Znacznie częściej niszczy je stopniowa erozja zaufania między obywatelami.
Każde ostre słowo wypowiedziane przez człowieka władzy pogłębia społeczne podziały. Każde publiczne piętnowanie kolejnych grup obywateli odbiera państwu moralny autorytet. Każda pogarda wyrażona z wysokości ministerialnego fotela osłabia poczucie wspólnoty.
Dlatego przyszły premier Polski powinien być przede wszystkim człowiekiem dialogu.
Powinien ważyć słowa. Powinien rozumieć, że nawet najostrzejszy przeciwnik polityczny pozostaje współobywatelem. Powinien wiedzieć, iż siła państwa nie rodzi się z jednomyślności narzuconej przez władzę, lecz z umiejętności pokojowego współistnienia ludzi myślących inaczej.
Nie wiem, czy Jarosław Kaczyński dostrzega ten problem. Wiem natomiast jedno.
Naród można przez pewien czas mobilizować gniewem. Ale państwa nie da się długo budować na pogardzie. Bo premier, podobnie jak prawdziwy profesor, powinien pozostawiać po sobie więcej światłości niż ciemności.
I właśnie dlatego wizja profesora Przemysława Czarnka jako szefa polskiego rządu budzi we mnie autentyczny niepokój. Nie z powodu jego poglądów. Lecz z powodu stylu uprawiania polityki, który – jeśli stałby się stylem całego państwa – mógłby okazać się znacznie groźniejszy dla polskiej wspólnoty niż jakikolwiek spór partyjny.
Ostatnie wypowiedzi profesora Przemysława Czarnka dotyczące Ukrainy każą postawić jeszcze jedno, niezwykle niepokojące pytanie. Nie dlatego, że polityk nie ma prawa krytycznie oceniać władz w Kijowie. Demokracja właśnie na tym polega, że wolno zadawać trudne pytania. Problem zaczyna się wtedy, gdy publiczne wypowiedzi polskiego polityka niemal dosłownie wpisują się w narrację od lat konsekwentnie budowaną przez Kreml.
Rosyjska propaganda od początku pełnoskalowej agresji stara się przekonać świat, że Ukraina nie zasługuje na solidarność Zachodu, że jest państwem niewdzięcznym, roszczeniowym i stanowiącym zagrożenie dla swoich sąsiadów. Każda wypowiedź wpływowego polskiego polityka, która utrwala taki obraz, staje się dla kremlowskich propagandystów cennym prezentem. Nie trzeba być rosyjskim agentem, aby – świadomie lub nieświadomie – dostarczać argumentów rosyjskiej machinie dezinformacyjnej.
W polityce międzynarodowej liczą się bowiem nie tylko intencje, lecz także skutki. Jeżeli słowa polskiego polityka są następnie wykorzystywane do osłabiania jedności państw wspierających walczącą Ukrainę, wówczas ich polityczny ciężar wykracza daleko poza granice krajowego sporu. Odpowiedzialny mąż stanu powinien mieć tego pełną świadomość.
Premier Rzeczypospolitej nie może pozwolić sobie na retorykę, która – niezależnie od intencji autora – osłabia pozycję Polski w obozie państw przeciwstawiających się imperialnej polityce Władimira Putina. W czasach wojny słowa również są bronią. A polityk aspirujący do kierowania rządem powinien ważyć je z wyjątkową rozwagą, której to umiejętności Przemysław Czarnek niestety nie posiada.
Krzysztof Pasierbiewicz
emerytowany nauczyciel akademicki Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa
Na moją prośbę, ilustrację tekstu wykonała sztuczna inteligencja.


Komentarze
Pokaż komentarze (30)