echo24 echo24
78
BLOG

Prowokacja blogerska niezawodnym papierkiem lakmusowym społecznych nastrojów

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 3
Bloger może powiedzieć głośno to, czego politykowi powiedzieć nie wolno, lub nie wypada

Stali czytelnicy mojego blogu wiedzą, że odkąd Jarosław Kaczyński postanowił uczynić twarzami Prawa i Sprawiedliwości Stanisława Piotrowicza i Krystynę Pawłowicz, bardzo często i bardzo ostro krytykuję partię, której jest prezesem. Wiedzą również, że niemal pod każdym takim felietonem pojawia się grupa tych samych komentatorów, którzy zamiast merytorycznej polemiki serwują czytelnikom obelgi, insynuacje, pomówienia i rozmaite personalne wycieczki.

Mógłbym oczywiście takie komentarze ignorować. Mógłbym je kasować. Mógłbym też, wzorem niektórych administratorów, udawać, że problemu nie ma. Tyle tylko, że wtedy straciłbym coś, co uważam za niezwykle interesujący materiał obserwacyjny.

Straciłbym mianowicie możliwość obserwowania, co naprawdę dzieje się w głowach ludzi, kiedy zdejmie się z nich maskę politycznej poprawności.

I właśnie dlatego czasami celowo prowokuję.

Nie dlatego, że sprawia mi szczególną przyjemność drażnienie kogokolwiek. Nie dlatego również, że cierpię na niedostatek zajęć i potrzebuję sobie dostarczać dodatkowych emocji. Robię to z zupełnie innego powodu.

Traktuję blogosferę jako swoiste laboratorium społeczne.

A dobrze przeprowadzona prowokacja jest w tym laboratorium czymś w rodzaju papierka lakmusowego, który błyskawicznie zmienia kolor pod wpływem określonego odczynu.

Wystarczy czasem jedno zdanie. Jedna ironiczna uwaga. Jedno niewygodne pytanie. Jedna szpilka wbita w szczególnie wrażliwe miejsce.

I nagle dzieje się coś niezwykle ciekawego.

Człowiek, który jeszcze przed chwilą zapewniał wszystkich o swoim przywiązaniu do chrześcijańskich wartości, kulturze osobistej, patriotyzmie i szacunku dla bliźniego, potrafi w ciągu kilku minut przeobrazić się w internetowego gladiatora, który najchętniej wyrwałby przeciwnikowi klawiaturę razem z biurkiem.

I wtedy właśnie zaczyna się mój eksperyment.

Bo kiedy człowiek jest spokojny, bardzo często mówi to, co chciałby, żebyśmy o nim myśleli. Kiedy natomiast ogarniają go emocje, istnieje spora szansa, że zacznie mówić to, co naprawdę myśli.

Oczywiście nie twierdzę, że każda emocjonalna wypowiedź jest automatycznie prawdą objawioną. Byłoby to zbyt daleko idące uproszczenie. Twierdzę natomiast, że sposób reagowania człowieka na prowokację może dostarczyć niezwykle interesującego materiału do oceny jego mentalności, kultury osobistej, systemu wartości i granic tolerancji.

I właśnie dlatego bardziej interesuje mnie czasem komentarz pod tekstem niż sam tekst.

Felieton można przecież napisać po namyśle. Można go poprawić. Można usunąć zbyt ostre zdanie. Można zastąpić słowo bardziej eleganckim. Można wreszcie pięć razy przeczytać własny tekst, zanim naciśnie się przycisk „opublikuj”.

Komentarz pisany w furii jest natomiast czymś zupełnie innym.

Tam często nie ma już autocenzury. Jest odruch. Jest emocja. Jest instynkt. I właśnie wtedy bloger może zobaczyć człowieka takim, jakim ten człowiek jest naprawdę. Zobaczyć jego kompleksy. Jego obsesje. Jego polityczne fobie. Jego hierarchię wartości. Jego poziom kultury. Jego stosunek do przeciwnika. A często również ogromną przepaść pomiędzy tym, co deklaruje, a tym, co sobą reprezentuje.

Ktoś może jednak zapytać: „Panie Pasierbiewicz, ale po co Panu to wszystko?”

Odpowiadam: ponieważ bloger ma pewien przywilej, którego polityk mieć nie może.

Polityk musi kalkulować. Musi uważać na każde słowo. Musi oglądać się na sondaże. Musi pilnować elektoratu. Musi zastanawiać się, czy przypadkiem jakieś zdanie nie zaszkodzi mu w następnych wyborach.

Bloger niezależny może natomiast pozwolić sobie na luksus powiedzenia:

„Sprawdzam!”

Może postawić pytanie, którego polityk postawić nie chce. Może poruszyć temat, którego polityk wolałby nie dotykać. Może powiedzieć coś, co nie spodoba się ani jednej, ani drugiej stronie politycznej barykady. I może wreszcie narazić się wszystkim.

A jeżeli rzeczywiście jest niezależny, to właśnie wtedy powinien czuć się najbardziej komfortowo.

Bo popularność nie jest dla mnie dowodem jakości. 

Przeciwnie. Czasami popularność jest jedynie dowodem na to, że autor mówi ludziom dokładnie to, co chcą usłyszeć.

Istnieją przecież blogi, na których od lat spotyka się to samo towarzystwo wzajemnego zachwytu nad samymi sobą. Autor publikuje tekst, jego sympatycy klaszczą, ktoś dorzuca kolejną pochwałę, następny odpowiada jeszcze większą pochwałą, po czym wszyscy wspólnie dochodzą do wniosku, że mają rację. I tak dzień za dniem. Tydzień za tygodniem. Rok za rokiem.

Powstaje w ten sposób coś, co można by nazwać internetowym kołem wzajemnej adoracji.

Dużo hałasu. Dużo emocji. Dużo komentarzy. A pod spodem — intelektualna pustynia. Bo jeżeli wszyscy myślą tak samo, to właściwie po co ze sobą dyskutują?

Dlatego nie zamierzam przepraszać za to, że czasami prowokuję.

Co więcej — robię to po obu stronach politycznej barykady.

Kiedy za rządów Donalda Tuska zajadle krytykowałem Platformę Obywatelską, również prowokowałem jej ortodoksyjnych zwolenników. I wiecie Państwo co?

Reakcje były zadziwiająco podobne. Ci sami „obrońcy demokracji” potrafili nagle wykazać się zadziwiającą nietolerancją wobec odmiennego zdania. Ci sami ludzie, którzy deklarowali przywiązanie do europejskich standardów debaty publicznej, potrafili używać wobec przeciwnika argumentów, których Europa raczej nie powinna oglądać nawet przez lornetkę. Z jednym wszakże wyjątkiem — orędownicy Donalda Tuska są o niebo mniej chamscy, niż miłośnicy Jarosława Kaczyńskiego.

Dlatego nie mam złudzeń.

Fanatyzm polityczny nie posiada partyjnej legitymacji. Może być prawicowy. Może być lewicowy. Może być pisowski. Może być platformerski. Może przybierać różne kostiumy, ale mechanizm pozostaje ten sam.

Najpierw człowiek zakochuje się w swojej politycznej drużynie. Potem zaczyna usprawiedliwiać jej każde posunięcie. Następnie przestaje słuchać argumentów przeciwnika. A na końcu uznaje, że każdy, kto myśli inaczej, jest albo idiotą, albo zdrajcą, albo sprzedawczykiem.

I wtedy wystarczy mała prowokacja. Papierek lakmusowy zostaje zanurzony w odczynie. I kolor natychmiast się zmienia.

Nie mam przy tym najmniejszych wątpliwości, że blogosferę uważnie obserwują również politycy. 

I nic w tym dziwnego. Gdyż blogi, komentarze, media społecznościowe — to ogromny zbiór informacji o społecznych emocjach. Politycy mogą oczywiście prowadzić sondaże, zamawiać badania opinii publicznej i analizować statystyki. Ale sondaż mówi nam przede wszystkim co ludzie deklarują. Internetowa awantura potrafi natomiast pokazać dlaczego. A czasem również — jak bardzo.

I właśnie dlatego komentarze mogą być dla politycznych analityków znacznie ciekawsze, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać.

Bo między oficjalnym komunikatem:

„Jestem zwolennikiem dialogu i szacunku dla każdego człowieka”

a spontanicznym komentarzem:

„Ty parszywy zdrajco…”

— może znajdować się cała przepaść pomiędzy deklarowanym systemem wartości a rzeczywistą mentalnością.

Oczywiście politycy nigdy publicznie się do tego nie przyznają. Ale jestem przekonany, że blogosfera jest przez nich obserwowana znacznie uważniej, niż przeciętny internauta przypuszcza.

Sam miałem zresztą okazję usłyszeć to kiedyś z ust jednego z prominentnych polskich polityków, którego przypadkowo spotkałem na lotnisku we Frankfurcie. Pogratulował mi działalności blogerskiej i powiedział coś, co zapamiętałem:

że nawet nie zdaję sobie sprawy, jak często i przez jakich polityków czytane są moje felietony oraz komentarze pod nimi.

Nie wiem, czy powinienem się tym chwalić. Ale skoro już się zdarzyło, to niniejszym się chwalę.

I dlatego właśnie uważam, że dobry bloger niekoniecznie powinien być przez wszystkich lubiany.

Dobry bloger powinien być przede wszystkim potrzebny.

A czasami najbardziej potrzebny jest właśnie wtedy, kiedy irytuje. Kiedy drażni rozpalając emocje. Kiedy zmusza do odpowiedzi. Kiedy odbiera czytelnikowi komfort przebywania w jego własnej bańce informacyjnej.

Bo blog, pod którym wszyscy zgodnie przytakują autorowi, może być niezwykle popularny, ale może również produkować wyłącznie polityczną pianę.

Tymczasem blog, pod którym ktoś się wścieka, ktoś protestuje, ktoś zarzuca autorowi głupotę, ktoś inny posądza go o sprzedajność, a jeszcze ktoś następny próbuje go obrazić — może być znacznie bardziej interesujący.

Oczywiście pod jednym warunkiem.

Że autor potrafi zachować dystans i nie pomylić prowokacji z chamstwem. Bo prowokacja ma sens wtedy, kiedy czemuś służy. Jeżeli służy wyłącznie obrażaniu ludzi, jest zwykłą złośliwością.

Jeżeli natomiast ma ujawnić mechanizm społeczny, sprowokować refleksję albo pokazać prawdziwe emocje określonej grupy — może stać się narzędziem publicystyki.

I właśnie tak rozumiem swoją blogerską działalność.

Nie jestem politykiem. Nie ubiegam się o mandat. Nie potrzebuję niczyjego poparcia. Nie muszę zabiegać o względy żadnego elektoratu. Mogę więc pozwolić sobie na luksus, którego politycy nie mają:

mogę powiedzieć to, co naprawdę myślę.

A jeżeli komuś bardzo się to nie podoba, pozostaje mu jeszcze jeden przywilej wolnego człowieka. Może napisać komentarz. Najlepiej emocjonalny. Najlepiej spontaniczny. Najlepiej taki, który pokaże, co naprawdę siedzi mu w głowie.

Bo tylko wtedy mój blog przestaje być tylko miejscem publikowania felietonów. Staje się swoistym laboratorium społecznym.

A ja?

Ja czasami tylko wkładam papierek lakmusowy do probówki. I cierpliwie obserwuję, na jaki kolor zabarwi się polska polityczna dusza: niebieski, tęczowy, brunatny, czarny, purpurowy, zielony i tak dalej.

I proszę mi nie mówić, że mam rozdęte ego.

To nie ego. To blogerski eksperyment.

A jeżeli przy okazji kogoś zaboli — cóż...

Na papierek lakmusowy nie należy się obrażać za to, że pokazuje rzeczywisty odczyn.

Krzysztof Pasierbiewicz

emerytowany nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa

Na moją prośbę, ilustrację felietonu wykonała sztuczna inteligencja

Zobacz galerię zdjęć:

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik, bloger niezależny

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka