echo24 echo24
84
BLOG

Widziały gały, kogo prezydentem USA wybierały

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 5
Dotkliwa nauczka dla amerykańskiego społeczeństwa

No i stało się.

Donald Trump, człowiek, który miał ponoć „przywrócić Ameryce wielkość”, właśnie zjechał z poparciem do 33 procent. Aż 64 procent Amerykanów deklaruje dezaprobatę dla jego działalności. Reuters zauważa, że jest to najniższy poziom poparcia dla Trumpa w jego obecnej kadencji i zarazem powrót do minimum odnotowanego w grudniu 2017 roku.

I co z tego wynika? Otóż wynika coś, o czym pisałem już wcześniej, kiedy komentowałem tekst Rafała Wosia „Wyklęty lud ziemi powstał i wybrał Trumpa ” – czytaj: K. Pasierbiewicz „Bolszewicy amerykańskiej prawicy ” -  https://www.salon24.pl/u/salonowcy/notka-komentarze/1412529,bolszewicy-amerykanskiej-prawicy . Wtedy postawiłem tezę, że mamy do czynienia z czymś w rodzaju „bolszewizmu amerykańskiej prawicy”.

Dziś powiedziałbym jeszcze dosadniej:

Widziały gały, kogo prezydentem USA wybierały. Bo przecież Donald Trump nie spadł Amerykanom z księżyca. Nie został zesłany przez Kreml. Nie został mianowany przez jakiegoś amerykańskiego odpowiednika Komitetu Centralnego. To właśnie Amerykanie oddali mu władzę. I to jest w całej tej historii najbardziej znamienne.

Przypomnę przy okazji niezwykle trafną diagnozę młodego historyka Michała Augustyna z jego eseju „Bolszewicy polskiej prawicy”, a zwłaszcza fragment zatytułowany „Uwodzenie chama ”.

Augustyn opisywał mechanizm politycznego uwodzenia człowieka sfrustrowanego, nieufnego wobec elit, niechętnego intelektualnym komplikacjom i spragnionego przede wszystkim prostych odpowiedzi. Człowieka, któremu polityczny przywódca może powiedzieć: „To nie ty jesteś winien. Winni są ONI.” I mamy gotową receptę na polityczny sukces.

Bo cóż może być przyjemniejszego dla sfrustrowanego wyborcy niż świadomość, że jego osobiste niepowodzenia nie wynikają z jego własnych decyzji, lenistwa, braku kompetencji czy zwyczajnego życiowego pecha, lecz są skutkiem spisku elit, mediów, imigrantów, globalistów, liberałów, „waszyngtońskiego bagna”, obcych mocarstw i wszystkich innych, których można wskazać palcem?

Wystarczy znaleźć winnego. A potem znaleźć wodza.

Trump doskonale zrozumiał tę psychologię. Nie musiał przecież Amerykanom tłumaczyć świata. Wystarczyło, że zaoferował im jego uproszczoną wersję.

„America First”. „Make America Great Again”. My jesteśmy prawdziwą Ameryką. Oni są wrogami Ameryki. My jesteśmy narodem. Oni są elitami. My jesteśmy patriotami. Oni są zdrajcami.

Czyż nie jest to polityczny alfabet każdego populisty? Patrz – Jarosław Kaczyński.

I dlatego właśnie w moim poprzednim tekście pisałem o „amerykańskiej tłuszczy”. Nie dlatego, że każdy zwolennik Trumpa jest człowiekiem prymitywnym. Byłoby to oczywiście niedorzecznym uproszczeniem. Chodzi o mechanizm społeczny, który pozwala politykowi uwieść znaczną część społeczeństwa poprzez schlebianie jego frustracjom, lękom i resentymentom.

A przecież dokładnie to samo obserwowaliśmy w Polsce PiS. Michał Augustyn pisał o „uwodzeniu chama” na gruncie polskim.

Ja natomiast dziś proponuję przyjrzeć się „uwodzeniu amerykańskiego chama” – patrz atak na Kapitol amerykańskich Hunów.

Mechanizm jest bowiem zdumiewająco podobny.

Najpierw mówi się ludziom: „Jesteście prawdziwym narodem”. Potem: „Odebrano wam waszą Amerykę”. Następnie: „To oni wam ją odebrali”. A na końcu pojawia się człowiek, który oznajmia: „Tylko ja mogę wam ją zwrócić”.

I oto mamy politycznego mesjasza.

Problem polega jednak na tym, że demokracja ma jedną przykrą właściwość. Pozwala wyborcom popełniać błędy. A następnie zmusza ich do ponoszenia konsekwencji tych błędów.

Nie można bowiem bez końca głosować na człowieka, który obiecuje rozwiązanie wszystkich problemów, a kiedy obietnice zaczynają się zderzać z rzeczywistością, udawać, że odpowiedzialność ponosi ktoś inny.

Dzisiaj 64 procent badanych Amerykanów mówi Trumpowi: nie podoba nam się to, co robisz. Ale ja mam ochotę odpowiedzieć: A czego się Państwo spodziewali? Przecież dokładnie taki Trump był przed wyborami. Nie ukrywał swoich poglądów. Nie występował jako subtelny profesor filozofii politycznej. Nie obiecywał cierpliwego, spokojnego i koncyliacyjnego zarządzania państwem. Trump był Trumpem. I właśnie dlatego zwyciężył.

Dlatego dzisiejszy wynik sondażu traktuję nie tylko jako ocenę Donalda Trumpa, lecz także jako swoisty rachunek wystawiony amerykańskiemu społeczeństwu za polityczną głupotę. Bo demokracja nie polega wyłącznie na prawie do wybierania. Demokracja polega również na odpowiedzialności za dokonany wybór.

Jeżeli wybiera się polityka dlatego, że kokietuje chamstwo i obiecuje rzeczy łatwe, przyjemne i natychmiastowe, a później rzeczywistość okazuje się mniej przyjemna, to pretensje można mieć przede wszystkim do samego siebie. 

Jeżeli wybiera się człowieka, który buduje swoją politykę na permanentnym konflikcie, wulgarnym obrażaniu przeciwników, podważaniu autorytetów i przedstawianiu świata jako wojny „nas” z „nimi”, trudno później udawać zdziwienie, że społeczeństwo staje się jeszcze bardziej podzielone.

Jeżeli wybiera się polityka, który przedstawia siebie jako jedynego zbawcę narodu, nie należy się dziwić, kiedy ten polityk zaczyna zachowywać się tak, jakby naród był jego własnością.

Tak. Tak. Widziały gały, kogo prezydentem USA wybierały.

A przecież Ameryka jest krajem o ogromnej tradycji demokratycznej. Krajem, który stworzył instytucje będące przez dziesięciolecia wzorem dla świata. Krajem, który potrafił budować swoją potęgę nie tylko za pomocą pieniędzy i armii, lecz także dzięki kulturze politycznej, przedsiębiorczości, nauce, edukacji i przekonaniu, że państwo prawa jest ważniejsze od chwilowych emocji tłumu.

Tymczasem co najmniej połowa Amerykanów uwierzyła, że wszystkie skomplikowane problemy współczesnego świata można rozwiązać przy pomocy kilku prostych haseł i jednego człowieka stojącego przed tłumem. To właśnie jest najbardziej niebezpieczne. 

Nie sam Trump. Niebezpieczna jest potrzeba Trumpa. Bo jeżeli społeczeństwo potrzebuje politycznego wodza, który będzie za nie myślał, wskazywał mu wrogów, tłumaczył jego frustracje i zwalniał je z odpowiedzialności za własne decyzje, to problem przestaje być problemem jednego polityka. Staje się problemem społecznym.

Dlatego nie cieszę się specjalnie z tych 33 procent. Owszem, jest w nich pewna satysfakcja człowieka, który wcześniej ostrzegał.

Ale przede wszystkim widzę w nich ostrzeżenie. Bo Trump może przeminąć. Trump może przegrać wybory. Trump może odejść.

Ale jeżeli pozostanie w Ameryce zapotrzebowanie na polityków, którzy kokietują i schlebiają najniższym instynktom tłumu, obiecują łatwe rozwiązania trudnych problemów i dzielą społeczeństwo na „prawdziwych Amerykanów” oraz całą resztę, to po Trumpie pojawi się następny Trump, który może być jeszcze gorszy.

Kiedy więc następnym razem jakiś polityczny „rewolucjonista” powie rozgoryczonemu tłumowi: „To nie wy jesteście winni. Winni są ONI. Ja was uratuję”, warto przypomnieć sobie historię.

Rosyjską. Polską. I amerykańską. Bo po prawdzie atak na Pałac Zimowy, atak na Kapitol i atak na warszawski Empik ( https://www.youtube.com/watch?v=x4UXpyTQex0 ) – mają tę samą genezę.

Bo mechanizm politycznego uwodzenia tłumu nie zna granic państwowych ani partyjnych. Najpierw jest frustracja. Potem resentyment. Następnie pojawia się wróg. Potem przychodzi wódz. A na końcu społeczeństwo budzi się z ręką w nocniku i zadaje pytanie:

„Jak to się mogło stać?”

Otóż mogło. I stało się dlatego, że widziały gały, kogo prezydentem USA wybierały.

A teraz pozostaje już tylko ponieść konsekwencje własnego wyboru.

Krzysztof Pasierbiewicz (emerytowany nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)

Zobacz galerię zdjęć:

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik, bloger niezależny

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Polityka