Kiedy usłyszałem, jak „profesor” Przemysław Czarnek określił zachowanie swojego niedawnego partyjnego kolegi mianem „skurczysyństwa niebywałego ”, pomyślałem sobie, że oto doczekaliśmy czasów, w których tytuł profesora przestał być gwarancją nie tylko mądrości, ale choćby elementarnej kultury słowa.
A przecież prawdziwy profesor nie może być chamem.
Blisko czterdzieści lat pracy na wyższej uczelni nauczyło mnie, że profesor to nie tylko człowiek posiadający wiedzę i tytuł naukowy. Profesor powinien być również wychowawcą. Powinien swoim zachowaniem pokazywać młodym ludziom, że można się z przeciwnikiem spierać ostro, można go miażdżyć argumentami, można się z nim fundamentalnie nie zgadzać — ale nie trzeba przy tym taplać się w rynsztoku językowym.
Tymczasem pan Czarnek najwyraźniej uznał, że profesorski autorytet najlepiej buduje się poprzez marsowe oblicze, zaciśnięte usta, nieprzyjazne spojrzenie, drażniąco mentorski ton, pyszałkowatość, grubiańską wrzaskliwość i nieskrywaną niechęć do interlokutorów.
A teraz doszedł do tego jeszcze język rodem z politycznej karczmy.
I właśnie tutaj zaczyna się problem znacznie poważniejszy niż jedna nieelegancka wypowiedź.
Bo nauczyciel akademicki jest kimś, kto — czy tego chce, czy nie — daje swoim studentom przykład. Jego sposób mówienia, odnoszenia się do innych ludzi, reagowania na krytykę i panowania nad emocjami jest częścią jego pedagogicznego oddziaływania.
Dlatego od profesora oczekuję kultury wyniesionej z domu, przyjaznego ludziom sposobu bycia, poczucia humoru, odrobiny dobroduszności, polotu i zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości.
Nie oczekuję natomiast wrzasku, napuszenia i słownego chamstwa.
Bo cóż z tego, że człowiek ma profesorski tytuł, skoro swoim zachowaniem pokazuje, że ciężar gatunkowy jego kultury osobistej, mówiąc delikatnie, pozostawia wiele do życzenia? Cóż z tego, że może być niewątpliwie inteligentny, skoro poziom intelektualny jego publicznych wypowiedzi chwilami po prostu powala? I cóż z tego, że jest doktorem habilitowanym i profesorem, skoro jego estetyczna wrażliwość zdaje się być praktycznie zerowa?
Powiem brutalnie: gołym okiem widać kompleksy i wystającą z butów słomę.
I żeby było jasne — nie chodzi mi o to, że profesor ma mówić jak pensjonarka przy herbatce. Można mówić ostro. Można być bezlitosnym w polemice. Można politycznego przeciwnika rozebrać argumentami do ostatniej koszuli.
Ale jest zasadnicza różnica między ostrością intelektualną a chamstwem.
Profesor powinien wygrywać spór argumentem, a nie siłą głosu. Powinien imponować wiedzą, a nie epitetem. Powinien mieć autorytet, a nie wymuszać posłuch.
Tymczasem kiedy profesor zaczyna posługiwać się słownictwem rodem z podwórkowej awantury, zaczynam się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie nastąpiło jakieś nieszczęśliwe pomieszanie ról: czy ja jeszcze słucham profesora, czy już tylko rozjuszonego kibica politycznego?
I wtedy przypomina mi się pewna fundamentalna prawda naszej literatury.
Pan Tadeusz zaczyna się przecież od słów: „Litwo! Ojczyzno moja!”. A nie od „Ty skurczysynu!”.
I może właśnie dlatego Mickiewicz został Mickiewiczem, a nie komentatorem politycznego magla.
Bo profesor może mieć rację. Profesor może się mylić. Profesor może być konserwatystą, liberałem albo socjalistą. Ale prawdziwy profesor — niezależnie od poglądów — nie może być chamem.
Inaczej tytuł naukowy staje się tylko elegancką etykietką przy bardzo nieeleganckim opakowaniu.
Krzysztof Pasierbiewicz
emerytowany nauczyciel akademicki krakowskiej AGH z blisko czterdziestoletnim stażem
Post Scriptum
Minęła północ.
Na Salonie24 komentarze można policzyć na palcach jednej ręki i jest tylko 145 odsłon
Na Facebooku, gdzie również tę notkę opublikowałem, ilość polubień zbliża się do tysiąca, dodano 140 komentarzy, a notkę udostępniono 124 razy.
Każdy z udostępnionych - udostępnia notkę następnym czytelnikom – co oznacza, że na FB notkę przeczytało, co najmniej kilkanaście tysięcy Internautów.
Wiele mówi ta różnica. Nieprawdaż?



Komentarze
Pokaż komentarze (10)