Oprawa muzyczna: https://www.youtube.com/watch?v=OngKknBLydc
Motto: „Uczyła mnie mama, bym się nie bał chama, bo cham to jest cham – i boi się sam ”.
Moja śp. Mama była kobietą prostą, ale – jak właśnie pokazało życie – posiadała intuicję politologiczną na poziomie profesorskim.
Często mi powtarzała:
„Z chamem trzeba rozmawiać w jego języku, bo innego nie rozumie”.
W czasach mojego dzieciństwa odnosiło się to głównie do podwórkowych awanturników. Dziś, niestety, powiedzenie to nabrało zupełnie nowego znaczenia. Bo wystarczy włączyć telewizor i obejrzeć niektóre programy publicystyczne, by dojść do wniosku, że część polskiej polityki przeniosła się z parlamentu na stadion, a część telewizyjnych studiów zaczyna przypominać szatnię przed walką bokserską.
I tu dochodzimy do sedna.
Otóż od dawna nie mogę pojąć, dlaczego niektórzy dziennikarze telewizyjni, zapraszając do studia polityków PiS, zachowują się tak, jakby podejmowali u siebie w domu wyjątkowo nerwowego kuzyna, którego pod żadnym pozorem nie wolno zdenerwować, bo jeszcze obrazi się i wyjdzie.
Odbywa się to mniej więcej tak. Dziennikarz pyta: — Panie pośle, dlaczego...? A polityk PiS odpowiada: — Ale proszę państwa, to wszystko jest winą Tuska! — Dziennikarz wtrąca nieśmiało: Ale ja pytam o... — Tuska! odpowiada polityk — A potulny jak baranek dziennikarz usiłuje dopytać: Ale przecież pytanie dotyczyło... — Tuska! Odpowiada przerywający mu w pół zdania polityk. Dziennikarz zaczyna się pocić, a polityk zaczyna się znacząco uśmiechać.
Ja zaś zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie oglądam właśnie programu pod tytułem: „Kto kogo pierwszy wyprowadzi z równowagi?”
I wtedy przypomina mi się pamiętna „Kropka nad i”, w której Zbigniew Bogucki zmierzył się z Moniką Olejnik, a ich walka wyglądała jak pojedynek amatorki z zawodowcem. Tak. Tak. Używając narracji bokserskiej, jako niezależny bloger muszę sprawiedliwie przyznać, że tej „Kropce nad i” - szef Kancelarii Prezydenta Nawrockiego Zbigniew Bogucki wygrał jednogłośnie na punkty wszystkie trzy rundy, a Monika Olejnik była dwa razy liczona, bo straciła oddech, gdy ją Bogucki gradem celnych ciosów w kozi róg zapędził., co się zakończyło dwukrotnym liczeniem Moniki. Nie twierdzę, że wszystkie ciosy były czyste. Nie twierdzę nawet, że wszystkie były związane z tematem rozmowy. Ale jedno trzeba mu uczciwie przyznać:
Bogucki doskonale wiedział, że w telewizji nie wystarczy mieć rację. Trzeba jeszcze sprawić wrażenie człowieka, który tę rację posiada.
I na tym właśnie przegrywają ci dziennikarze, którzy do telewizyjnego studia przychodzą z przekonaniem, że wystarczy zadawać dobre pytania.
Otóż nie wystarczy! Trzeba jeszcze umieć wyegzekwować odpowiedź.
Bo jeśli polityk na każde pytanie odpowiada „Tusk”, to po trzecim takim „Tusku” dziennikarz powinien spokojnie powiedzieć:
— Panie pośle, rozumiem, że Donald Tusk jest pańskim ulubionym tematem. Ale ja pytam o coś innego. I idąc za ciosem, dziennikarz powinien zadać szybko następne pytanie. A jeśli polityk PiS znowu powie: — Tusk! To powinno paść: — Już pan to powiedział. Proszę odpowiedzieć na pytanie. I jeszcze raz. Bez podnoszenia głosu. Bez histerii. Bez miny obrażonej pensjonarki. Spokojnie.
Bo największym błędem jest próbować przekrzyczeć człowieka, który właśnie na przekrzykiwaniu zbudował swoją przewagę. Trzeba go rozbroić. A najlepszą bronią jest konsekwencja.
Wyobraźmy sobie bowiem boksera, który wychodzi na ring i przez całą walkę nie zadaje ciosów, tylko tłumaczy sędziemu, że jego przeciwnik jest winien wszystkich problemów światowego boksu.
Sędzia pyta: — Dlaczego nie walczysz? A on: — Bo to wszystko przez przeciwnika! I tak przez dwanaście rund. Czy ktoś uznałby go za zwycięzcę?
A przecież dokładnie tak wyglądają niektóre polityczne dyskusje.
Pytanie o gospodarkę? Tusk! Pytanie o prezydenta? Tusk! Pytanie o PiS? Tusk! Pytanie o pogodę? Podejrzewam, że również:
„Gdyby Tusk nie doprowadził do obecnego ocieplenia klimatu...”
I biedny dziennikarz zamiast przerwać ten kabaret, zaczyna tłumaczyć, że przecież on tylko chciał zapytać...
I już jest po rozmowie. Bo właśnie wtedy polityk PiS przejmuje stery.
A telewizja – zamiast być miejscem konfrontacji argumentów – staje się sceną dla najlepiej wyszkolonego krzykacza.
Dlatego mam do dziennikarzy TVN pewien apel. Panowie i Panie! Nie bójcie się polityków PiS!
To nie są grenadierzy Gwardii Cesarskiej Napoleona. To są politycy. Oni mają tylko mają garnitury, mikrofony, ochronę wizerunkową i sztab ludzi piszących im przemówienia. Lecz kiedy umiejętnie zdejmie się z nich ten cały medialny pancerz, bardzo często pozostaje człowiek, który po prostu nauczył się kilku zdań na pamięć niczego innego nie potrafiąc.
Dlatego zamiast cackać się z nim jak z porcelanową filiżanką po babci, wystarczy czasem powiedzieć:
„Nie odpowiedział pan na pytanie”. I chwila ciszy. Niech odpowiada. A jeśli znowu nie odpowie przycisnąć polityka do ściany powtarzając: „Nadal nie odpowiedział pan na pytanie”. I znowu cisza. To naprawdę działa. Bo polityk PiS, który przyzwyczaił się do tego, że jego rozmówca ustępuje po pierwszym podniesieniu głosu, nagle znajduje się w sytuacji, w której jego ulubiona metoda przestaje działać.
I wtedy – proszę Państwa – może się okazać, że „polityczny bulterier” jest bulterierem głównie wtedy, kiedy prowadzący pozwala mu nim być.
Nie mam oczywiście nic przeciwko ostrej debacie. Wręcz przeciwnie. Sam przez lata pisania felietonów nauczyłem się, że polityka bez emocji jest jak rosół bez soli.
Ale emocja to jedno. A chamstwo – to drugie.
Można być bezkompromisowym i jednocześnie kulturalnym. Można być ostrym i jednocześnie rzeczowym. Można zadać rozmówcy nokautujące pytanie bez użycia ani jednego nieparlamentarnego słowa.
I właśnie tego oczekuję od profesjonalnych dziennikarzy. Nie tego, żeby byli bardziej agresywni od polityków. Tylko tego, żeby nie pozwalali politykom być agresywnymi.
Bo jeżeli prowadzący pozwala gościowi na trzy minuty monologu, przerywanie, zmianę tematu, osobiste wycieczki i powtarzanie tej samej partyjnej śpiewki, a następnie jeszcze grzecznie pyta: — Czy chciałby pan coś dodać? to ja mam ochotę odpowiedzieć:
„Tak. Chciałbym dodać, że właśnie obejrzeliśmy nie wywiad, lecz kapitulację”.
I dlatego wracam do mądrości mojej śp. Mamy. Nie chodzi o to, żeby zniżać się do poziomu chama. Chodzi o to, żeby nie pozwolić chamstwu ustalać reguł rozmowy.
Bo chamstwo jest jak dym z komina. Jeżeli otworzymy wszystkie okna, wypełni cały dom. Ale jeżeli zamkniemy komin i spokojnie pokażemy, którędy ma uchodzić – problem znika.
A więc, Drodzy Państwo Dziennikarze: Nie krzyczcie. Nie obrażajcie. Nie pouczajcie. Nie cackajcie się.
Pytajcie. Słuchajcie. Przerywajcie wtedy, kiedy rozmówca łamie reguły. I żądajcie odpowiedzi.
Bo jeżeli tego nie będziecie robić, to za chwilę każdy polityczny cwaniak będzie mógł wejść do studia, powiedzieć pięć razy „Tusk”, trzy razy „Niemcy”, dwa razy „media” i wyjść z poczuciem, że właśnie wygrał debatę.
A wtedy pozostaje już tylko powiedzieć za Janem Tadeuszem Stanisławskim:
„Uczyła mnie mama, bym się nie bał chama, bo cham to jest cham – i boi się sam ”.
I może właśnie tego jednego zdania powinno się dziś uczyć na kursach dla początkujących prezenterów telewizyjnych.
Bo najlepszą odpowiedzią na polityczną hałaśliwość nie jest większy hałas.
Najlepszą odpowiedzią jest spokojne: „Proszę odpowiedzieć na pytanie”, - i to pytanie powtarzać. Aż do skutku.
Krzysztof Pasierbiewicz
emerytowany nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)