193 obserwujących
2622 notki
5792k odsłony
  4534   0

Magia namiętności - odcinek (1)

Więcej o powieści "Magia namiętności" czytaj:
http://www.portal.arcana.pl/Te-niewiarygodna-historie-opisalem-ze-strach...
oraz
http://www.portal.arcana.pl/Wielka-milosc-w-powiesci-krzysztofa-pasierbi...

 

Obejrzałem przed chwilą w TVN24 wyciskający łzy z oczu program „Czarne na Białym” o losach młodych Polaków w Anglii. Wzruszyłem się, bo przypomniało mi się, jak w roku 1967 wyruszyłem za chlebem do Chicago.

Więc postanowiłem opublikować w Internecie moją powieść autobiograficzną pt. "Magia namiętności", czytaj naszych, polskich. Może przeczytają ją młodzi ludzie myślący o emigracji. Bo ta książka jest między innymi o tym, że nie tylko pieniądze liczą się w życiu. Że nasza polska dusza więdnie na obczyźnie, a szczególnie na Zachodzie, gdzie ludzie o romantycznym wnętrzu, a takimi są Polacy, nigdy nie będą do końca szczęśliwi.

Bo wierzę, że to nieprawda iż młodzi Polacy są wyzuci z uczuć. Oni tylko w dobie polskiego kryzysu, desperacko goniąc za tym, co istotne, ważne i ważniejsze zapomnieli na chwilę o tym, co w życiu najważniejsze.

Ta książka to przestroga. Bo znam wielu ludzi mieszkających na Zachodzi, którzy cały czas oszukują siebie, że są szczęśliwi. Cały czas mówią o tym co mają, czego się dorobili, ale wrażliwy słuchacz wyczuje, że nie są w pełni szczęśliwi bo to, co ich otacza to nie ich miejsca i nie ich ludzie.

I pomyślałem sobie, że od dzisiaj w każdy czwartek będę publikował na blogu kolejne rozdziały mojej powieści wydanej przez przezacną witrynę ARCANA, jako zapis fragmentu historii PRL-u, a także celem pokazania młodym Polakom myślącym o emigracji, że zachodnia ziemia obiecana to nie mleczna czekolada.

Do tego pomysłu zachęcił mnie także przedwczorajszy komentarz internauty komentującego pod nickiem WICHREN, cytuję:

Ta książka to naprawdę gotowy scenariusz filmowy. Dziwi mnie ta opinia, że ludzie pragną krwi lejącej się z ekranu. Na pewno nie dotyczy to wszystkich a nawet większości. Myślę, że w scenariuszu opartym o Pana książkę może znaleźć się wiele scen podnoszących poziom adrenaliny: szybkie samochody, uprowadzenie dziecka i akcja jego odbicia, kontakty z ubekami. Sceny erotyczne w umiarkowanej ilości też mogłyby się znaleźć, choć w książce potraktował Pan te sprawy bardzo dyskretnie. Do tego muzyka z tamtych czasów, najpiękniejsze kobiety, plany filmowe w kilku krajach, egzotyka. Moim zdaniem niepotrzebna jest krew. A film trzeba zrobić teraz, by nasze dzieci i wnuki zrozumiały coś z życia swoich rodziców i dziadków, a także czym był PRL. To nie tylko ocet na półkach. Ocet nie był najważniejszy w tamtych czasach. Za 20 lat zainteresowanie tematem spadnie. Co innego umysły i emocje ludzi będzie zajmować…, koniec cytatu.

A więc dziś pierwszy odcinek.

Uśmiech losu

Był grudzień 1966 roku. Kraków pogrążał się w zmierzchu mroźnego dnia. Wyludnione miasto tonęło w gęstniejącej mgle. Krzysztof wrócił zziębnięty do domu po całym dniu zajęć. Podszyta wiatrem kurtka nie dała ochrony przed surową zimą.

Może zostało jeszcze trochę żaru?, pomyślał z nadzieją.

Zajrzał w ciemną czeluść kaflowego pieca, gdzie pod warstwą popiołu tliło się jeszcze kilka bladopomarańczowych węgielków. Z dna wiadra wygrzebał wyszczerbioną szuflą parę bryłek węgla, które ułożył ostrożnie na wystygłym ruszcie. Przymknął żeliwne drzwiczki, przykucnął i zaczął wprawnie dmuchać w palenisko. Wygasłe węgielki ożywały różowawym blaskiem, aż raptem rozbłysnął pierwszy nieśmiały płomyk.

Za oknem zawył wiatr. Ogień na chwilę przygasł, a z pieca buchnęła na pokój chmura gryzącego dymu. Przymknąwszy oczy, dmuchał nadal. I nagle piec złapał cug. Jęzory bladozłotych płomieni wystrzeliły w górę, oblizując po drodze szamotowe cegły. Ogniste kędziory rozszalały się na dobre.

Przymknął drzwiczki, rozprostował nogi i przytulony do fajansowych kafli wsłuchiwał się w melodię buzującego ognia. Uwielbiał ten odgłos, bo dawał mu poczucie bezpiecznego domu.

     Trzeba by przynieść węgla, pomyślał. Pochwycił stare metalowe wiadro i zbiegł do piwnicy. Przez chwilę szamotał się z zardzewiałą kłódką. Zapalił świeczkę i migotliwy płomyczek rozświetlił piwniczną czeluść. W kącie majaczyła zwalista sterta węgla, zapas na całą zimę. Nadłamanym młotkiem zręcznie rozłupywał, co większe kawały. Miał w tym dużą wprawę. Wiedział, gdzie uderzyć by czarny diament pękał podług jego woli. Napełnione wiaderko wytaszczył na górę, skacząc dla rozgrzewki po dwa stopnie.

Gdy wrócił, mieszkanie było już wypełnione atłasowym ciepłem.

Na ulicy rozległ się przeciągły krzyk wieśniaka sprzedającego drewno na rozpałkę: – Drzewoooo! Drzewooo! Drzewooo! Podszedł do okna, skąd rozpościerał się widok na pokryte koślawą dachówką spadziste dachy starego Krakowa zasnute zielonobrunatnym dymem snującym się ospale z kominów. Jakaś opatulona babulinka odgarniała śnieg z chodnika. Słychać było miarowe szurgotanie szufli, zbitej z kawałka dykty i drzewca, porzuconego przez kogoś po pierwszomajowym pochodzie. Z pobliskiej kuźni dobiegał zmatowiony mgłą brzęk kowalskiego młota. Poza dziurawe rynny sterczały nawisy czarnego od sadzy śniegu. Horyzont zamykało monstrualne cielsko szpetnego wieżowca, który niedawno wyrósł przed oknami, przesłaniając widok na jego ukochany Wawel. Od tego czasu, ilekroć spoglądał w okno, odczuwał coś w rodzaju przygnębiającej klaustrofobii. Czuł się jak więzień w ciasnej celi.

Lubię to! Skomentuj92 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale