echo24 echo24
820
BLOG

Psychologicznie kluczowy moment kampanii wyborczej

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 29

Ilustracja filmowa: https://www.youtube.com/watch?v=60UmlVQOsR8

Kampania wyborcza weszła na ostatnią prostą i zaczął się śmiertelny bój o Polskę pomiędzy atakującą wściekle Platformą i bardziej, lub mniej zbornie odpierającym te ataki PIS-em.

Obecna pani Premier i aspirantka na przyszłą toczą ze sobą codzienne potyczki, ale widać, że obydwie słabną.

Więc Prawo i Sprawiedliwość sięgnęło po wycofanego od kilku miesięcy Jarosława Kaczyńskiego rzucając go na pierwszą linię frontu, zaś Platforma chwyciła się, jak tonący brzytwy wpadki z feralnym występem Antoniego Macierewicza w Chicago i zaczęła ze zdwojoną niż zazwyczaj siłą znowu straszyć Polaków PIS-em.

Moim zdaniem obie te strategie, zarówno PIS-u, jak Platformy nic nowego już do kampanii wyborczej nie wniosą, a do zdecydowanego wygrania walki wyborczej potrzebny był jakiś ruch rozstrzygający tę walkę.

I choć politycy to zbagatelizowali, moim zdaniem taki ruch wykonał w niedzielę pan Prezydent Andrzej Duda.

Dlaczego w niedzielę?

Otóż do niedzieli Polacy byli wciąż podzieleni na nienawidzących się wzajemnie zwolenników PIS-u i Platformy i nic nie zapowiadało, że znajdzie się zwornik, który mógłby połączyć wokół jakiejś idei większość wyborców.

A jakiż to zwornik? I jaka idea? Już słyszę kpinki dziennikarskie od lewa, przez środek do prawa.

Otóż takim spoiwem łączącym miliony Polaków było pójście Andrzeja Dudy do szatni naszej reprezentacji piłkarskiej na gorąco po zwycięstwie nad Irlandią. Prezydent nie czekał aż ich będzie mógł zaprosić do swojego Pałacu powiadamiając uprzednio wszystkie możliwe media. On nie myślał o PR. On pobiegł do naszych chłopaków spontanicznie. Chciał po prostu z nimi być w tej doniosłej dla Polaków chwili, którzy jak niczego bardziej kochają piłkę, która jest dla nich ideą uniwersalną. Cała Polska widziała, jak Prezydent się cieszył z tego zwycięstwa z naszą reprezentacją narodową, jak się z nimi wyściskał, a potem zatańczył i zaśpiewał…

A co najważniejsze miliony Polek i Polaków widziało, że robił to nie dla reklamy politycznej, ale ze szczerego serca, co ludzie po prostu czują. Nie wygłaszał przemówień, nie picował i nie truł, lecz zwyczajnie się z nimi żywiołowo radował ze zwycięstwa Polski. Nie zanudzał ich, nie próbował się narzucać i po chwili wspólnej radości z dyskretnym wyczuciem wyszedł zostawiając ich samych ze swoją radością.

I raptem ludzie zobaczyli, że ten wywodzący się z pisowskiego przecież pnia prezydent cieszy się z wszystkimi Polakami nie zważając na to, jakie są ich preferencje polityczne.

Więc uważam, że z psychologicznego punktu widzenia to był właśnie moment kluczowy tej kampanii wyborczej, gdyż ludzie zrozumieli, że nie ma się, co bać PIS-u, bo to tacy sami ludzie, jak wszyscy, którym zależy na zwycięstwie Polski.

Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki)

Post Scriptum

Rozumiem, że moja notka może się politykom i ekspertom wydać irracjonalną. Ale są zdarzenia stojące ponad racjonalnym postrzeganiem rzeczywistości. A na dowód tego coś Państwu opowiem.

Jak nam w roku 1952 bezpieka wykończyła Ojca, Mama wpadła w czarną rozpacz. Żeby nas z bratem utrzymać pisała całymi nocami na maszynie i sprzedawała po kolei biżuterię, obrazy, srebrne sztućce, a w końcu jej ukochany fortepian, na którym przygrywając sobie na cztery ręce, Rodzice mieli zwyczaj podśpiewywać sobie ich ulubione piosenki.

Od śmierci Taty przez lata nie widziałem Mamy uśmiechniętej.

Aż naszedł październik roku 1957. Pamiętam jak mama przyszła z pracy jakaś inna niż zwykle i zakomunikowała, że jedziemy na mecz z Rosją do Chorzowa.

W rozklekotanym zakładowym autobusie panowała atmosfera jakbyśmy jechali na wojnę. Pamiętam, że po przyjeździe na miejsce spojrzałem odruchowo w niebo, bo myślałem, iż nadciąga burza. Ale niebo było czyste, a grzmiał Stadion Śląski.

W miarę jak zbliżaliśmy się do trybun kultowego kolosa wzmagał się groźny pomruk zdradzonych w Jałcie Polaków, którzy przyjechali na mecz, ale tak naprawdę, by wykrzyczeć i zamanifestować nienawiść do sowieckiego ciemiężcy i zaprzedanej Moskwie komuszej władzy.

Jako dwunastoletni chłopak nie do końca rozumiałem, co się dzieje.

Po chóralnym odśpiewaniu Mazurka Dąbrowskiego na stadionie zawrzało jak w piekielnym kotle. To nie był doping, lecz desperacki krzyk protestu wydobywający się ze stu tysięcy gardeł, który przypominał huk rozszalałych fal na wzburzonym oceanie. Według mnie to była najgorętsza patriotyczna manifestacja w powojennej Polsce.

Aż nadszedł ów pamiętny moment, gdy maleńki Gerard Cieślik pokonał po raz drugi Lwa Jaszyna strzelając główką zwycięskiego gola Ruskim.

Myślałem, że się niebo rozstąpiło. Sto tysięcy ludzi zawyło ze szczęścia. Ludzie rzucali się sobie w objęcia, płakali z radości, poleciały w górę czapki, kapelusze, marynarki, torebki. Wszyscy krzyczeli niech żyje wolna Polska! Rozbrzmiewały toasty i bimber lał się strumieniami.

Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że nie da się zabić naszej polskiej duszy. Że prawdziwi Polacy nigdy nie ugną karku przed Moskwą.

I raptem zobaczyłem, że moja mama się śmieje. Oszalała z radości wzięła mnie w objęcia wrzeszcząc mi do ucha: „Synku mój kochany! Wygraliśmy z Rosją!!! Pomściliśmy tatę!!!”.

Do grobowej deski nie zapomnę dumy, jaka mnie wtedy rozpierała, że jestem Polakiem. Powiem więcej, tamten mecz zostawił niezatarte piętno na całym moim dalszym życiu…

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik, bloger niezależny

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (29)

Inne tematy w dziale Polityka