Blog
Salonowcy
echo24
echo24 dr Krzysztof Pasierbiewicz
145 obserwujących 1554 notki 3219441 odsłon
echo24, 7 marca 2018 r.

"Adam i Sara"

1588 61 1 A A A


Zaczynają się obchody 75. rocznicy Marca’68 i znów powrócił na tapetę temat żydowski. Zastanawiałem się tedy, co napisać o tym mrocznym czasie, kiedy Niemcy wywieźli Żydów z krakowskiego Kazimierza. 

Nie czuję się na siłach pisać o tym trudnym czasie absurdalnej politycznej emigracji w marcu'68, ale chciałbym Państwu przedstawić krakowskiego poetę Adama Kawę, krakowianina urodzonego we Lwowie, jednego z najznamienitszych i paradoksalnie najmniej znanych polskich poetów współczesnych, który ocalił od zapomnienia polski sonet, a w swoim tomiku zatytułowanym „ALCHEMIA” sonetami właśnie odmalował tragizm marcowych wydarzeń. Tomik ten Adam wydał w roku 2011, więc jego sonety nie były pisane pod dzisiejsze czasy zaostrzonego konfliktu polsko żydowskiego. Polski Goj Adam napisał ten tomik dla Żydówki Sary, którą kochał prawdziwie i tą miłością chciał się koniecznie z ludźmi podzielić, jakby się bał, że świat mógłby się o tej chemii nigdy nie dowiedzieć. Sonety Adama Kawy to ewidentne zaprzeczenie rzekomo wyssanego z mlekiem matki polskiego antysemityzmu. Adam spotkał na swej drodze wielką miłość, nieosiągalną dla większości małżeństw. Sara była studentką polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim i jak mi Adam kiedyś wyznał przy wódeczce wielką polską patriotką. Niestety po zawierusze marcowej musiała opuścić Polskę wraz z rodziną. Adam szukał jej całe życie i nadal szuka, choć jej już pomiędzy żywymi nie ma.

Dla mnie Kawa jest wielkim poetą, a może i więcej. Dlaczego? Bo, jak czytam Kawę, to wiem, że to Kawa. Jak nikt inny rozedrgany, wibrujący, a zarazem niezwyczajnie intymny i czuły – nieprzystający do żadnej ze szkół polskiej poezji. A życie mnie nauczyło, że tak, jak w nauce, również w sztuce i literaturze niedający się zaklasyfikować indywidualizm świadczy o samorodnie autentycznym talencie. Reszta to pozorowanie. Niestety Adam jest nie bez przyczyny przez krakowskie środowisko niezauważany. Bo Kraków to piękne miasto, lecz nie zawsze piękni ludzie, którzy pragnąc się za wszelką cenę „wybić nad poziomy” okrywają zmową milczenia każdego, kto sięga wyżej, niż ich wyjałowione psyche i okaleczony parciem do kastowych „karier” - trącący naftaliną intelekt.

A teraz przeczytajcie Państwo proszę kilka wybranych sonetów z tomiku Adama pt. „Alchemia”, a oprócz jego miłości do Sary znajdziecie tam, jak pisał w posłowiu Adam Kulawik: „Krakowski Kazimierz. Miejsce magiczne. Chodzi się tutaj ulicami nazywanymi imionami postaci biblijnych: Jakuba, Izaaka, Estery…, ale tych, którzy tutaj mieszkali i te ulice ponazywali, budowali bożnice, wykonywali swoje zawody, handlowali na Szerokiej i Placu nowym – tych ludzi od dawna nie ma. Mieszkańców Kazimierza unicestwiła „historia spuszczona z łańcucha” i nie można tutaj przyjść tak sobie, bo kiedy się tutaj jest, ci nieznani przecież mieszkańcy natychmiast zaludniają nasze myśli, naszą wyobraźnię i zadajemy sobie pytanie: Jak to możliwe i jak to jest, że my jesteśmy, a ich nie ma. Kawa urodził się w dniu, kiedy Żydów z Kazimierza wywieziono, kiedy odebrano im prawo do życia. I aby się z tym wszystkim zmierzyć i nie zwariować, trzeba „obłęd wziąć na smycz”, przeżycia ponazywać i nadać im kształt sonetów…”.

A teraz zostawiam Was z Adamem i Sarą w krainie polskiego sonetu.

III

Blajb gezund mir Kroke –

Żegnaj mi Krakowie”,

(pieśń Mordechaja Gebirtiga)

 Bił krzyk jak kafar w skamieniałe niebo

I dym kamieniał niosąc z Auschwitz trwogę,

Zaśpiewał kamień – „Żegnaj mi Krakowie”.

Stała się ciemność.


Przez Plac Żydowski cienie co noc biegną,

gwiazda Dawida czasem błyśnie w oknie,

knajpa z kopyta ruszyła ich tropem

w kamień i w ciemność.


Wódkę Mordechaj Gebirtig śni ze mną,

pieśń brzmi jak kadysz – „Blajb gezunt mir Kroke”,

w sen rzeczywistość zmienia snu utopiec -

w ciszę i w ciemność.


Ja mam rozmawiać z Mordechajem we mnie!

Chcą zabić sonet. I w słowie jest ciemniej.

XIV

Pamięci 6000 Żydów wywiezionych z krakowskiego getta

do obozów koncentracyjnych 28 października 1942 roku.

W tym dniu się urodziłem.

Jak tu zbłądziłaś, moja święta matko,

na pogranicze snu, delirium, jawy,

gdzie jak nowotwór nawet oddech dławi

I umrzeć łatwo.


Czyś przy goleniu, syneczku się, zaciął,

a przy porodzie prawieś mnie wykrwawił,

krwią naznaczony jest twój los niełatwy

i smutku gwiazdą.


Twój pierwszy oddech towarzyszył wrzaskom,

tych wywożonych na śmierć wagonami,

skamieniał strumień i ptak w słońcu zamilkł

i słońce zgasło.


Życie syneczku, to jest rzecz najświętsza.

Ich śmierć z twym życiem spleciona – pamiętaj.

XIII

Zmierzch gęstniał cierpki od końskiego potu,

zamiast kumysu sonet, chanie, zamów,

w strofę się wsnuje błysk ostrza kindżału

i cwał obłoków.


Azja przysiadł na „Alchemii” progu,

jest koń bez głowy i kagan Chazarów,

Opublikowano: 07.03.2018 18:43. Ostatnia aktualizacja: 11.03.2018 23:19.
Autor: echo24
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik,

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @ewaursula   "Niestety, ta choroba dotyka nie tylko sedziow. Jak inaczej mozna wytlumaczyc...
  • @Siedzący Byk    Można prosić nieco jaśniej?
  • @Włodzimierz Pańków    "A PRZESTĘPCY, TAKŻE "POLITYCZNI", W RODZAJU V KOLUMNY, NIE TRACĄ...

Tematy w dziale Kultura