166 obserwujących
1843 notki
4430k odsłon
1077 odsłon

Vivat Akademia!

Wykop Skomentuj58

Motto filozoficzne: „Wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy” (Jan Paweł II, Encyklika Fides et ratio)

Motto muzyczne: https://www.youtube.com/watch?v=obvizJRnezA

Dziś rano, w krakowskiej Kolegiacie św. Anny, uczestniczyłem w uroczystej Mszy Świętej, którą z okazji 100-lecia mojej Almae Matris Akademii Górniczo-Hutniczej celebrował abp Marek Jędraszewski, który wygłosił homilię na kanwie słów św. Jana Pawła II, które zacytowałem w poprzedzającym notkę motcie.

Msza rozpoczęła się wejściem do Kolegiaty metropolity krakowskiego abpa Marka Jędraszewskiego w asyście krakowskich dostojników kościelnych. Za nimi majestatyczne kroczył pochód profesorski, który zamykał Jego Magnificencja Rektor Akademii Górniczo-Hutniczej pan profesor Tadeusz Słomka. Chór akademicki odśpiewał Gaude Mater Polonia, a w Kościele było tak podniośle i uroczyście, że trudno się było od łez powstrzymać.

Zaś, gdy wpadające do kościoła promienie porannego jesiennego słońca rozświetliły ołtarz w barwach złoto bursztynowych, jak w jakimś zaczarowanym fotoplastykonie wyświetlił mi się przed oczami ów szczęsny czas mojej blisko 50 letniej przygody z Akademią Górniczo-Hutniczą w Krakowie, gdzie zostawiłem młodość i najlepsze lata wieku dojrzałego.

Wszystko się zaczęło w roku 1962-gim, kiedy na egzaminie wstępnym z bożą pomocą przeszedłem przez matmę i zostałem przyjęty na pierwszy rok, moich przeuroczych studiów na Wydziale Geologiczno-Poszukiwawczym AGH.

Jako pierwsze, zapadły mi w pamięć ćwiczenia z geologii ogólnej, z kochaną i nie odżałowaną śp. Hanką Ostrowicką, pięknie mówiącą po polsku szlachcianką, która swoim nieodpartym wdziękiem, a także zaraźliwym umiłowaniem skał i minerałów zdołała mnie przekonać, żebym został na tych studiach. Tu muszę także wspomnieć, już wtenczas Europejczyka, śp. profesora Henryka Świdzińskiego, jak napisałem w jednej z moich książek: „ostatniego przedwojennego pana profesora na mojej uczelni, który oprócz geologii, uczył nas także jak nosić tweedowe marynarki, a także jak do nich dobierać koszulę i krawat”. Z pierwszego roku studiów muszę także wspomnieć pewnego niefarbowanego komunistę, ówczesnego sekretarza partii na naszym wydziale, herbowego barona śp. Tadeusza Rokossowskiego, który jako opiekun naszej grupy otoczył mnie troskliwą opieką, gdy mi na praktyce robotniczej kopalniany kombajn zmasakrował stopę. W tym miejscu warto dodać, że choć bardzo zabiegał, żebym wstąpił do PZPR-u, - potrafił uszanować moje stanowisko, kiedy dostał ode mnie stanowczą rekuzę. Z tego okresu zapadł mi także w pamięci profesor Reubenbauer, który na wykładach z geometrii wykreślnej nauczył mnie widzieć przestrzeń, bez czego moja wyobraźnia nie nabrałaby nigdy głębszego wymiaru. W tamtym czasie traumatycznym przeżyciem była też dla mnie niezapomniana postać pułkownika Winka, który na Szkoleniu Wojskowym usiłował nas nauczyć, jak mamy przy pomocy armaty obronić ojczyznę przed piątą kolumną Stanów Zjednoczonych. Pierwszy rok studiów zwieńczyła geologiczna praktyka terenowa w Krościenku nad Dunajcem, cudowna, romantyczna przygoda, - mimo piętrowych łóżek, porannego mycia w lodowatym potoku i wielokilometrowych pomiędzy szczytami Gorców i Pienin. Tam się zawiązywały nasze studenckie przyjaźnie, a niektórych właśnie tam, na całe życie, połączyła miłość.

Następnym kamieniem milowym była praktyka kartograficzna w Woli Jasienickiej. Oj twarda to była szkoła! Tam, bowiem przyszło mi się nadziać na dwóch świeżo upieczonych doktorów, pełnokrwistych terenowców, a także, niebezpiecznie nawiedzonych geologów. Pierwszy nazywał się Jucha, a drugi Kotlarczyk. Tych dwu dżentelmenów nie dość, że sprawdzało w środku nocy czystość na kwaterach, to jeszcze do tego, przeczołgało mnie na czworaka po wszystkich okolicznych potokach, od ujścia do źródeł. A jednak, czego do dzisiaj nie umiem zrozumieć, ci dwaj nieżyjący już zapaleńcy skutecznie mnie zarazili pasją naukową.

Wybrałem specjalizację hydrogeologii, gdzie swoją arcybogatą wiedzę przekazywały mi takie sławy, jak śp. profesorowie Wilk, Krajewski i Kleczkowski, a ich wychowanek, ówczesny doktor Nieć, geolog natchniony naukową pasją, jako promotor mojej pracy magisterskiej dał mi niebywały wycisk, ale wyszedł z tego całkiem niezły dyplom.

No i zacząłem pracę na uczelni. Pierwsze lata kojarzą mi się nieodparcie z praktykami w Krościenku, w kultowym, uczelnianym domu pracy twórczej „Granit”, gdzie czerstwe góralki podawały w wazach boskie zupy, zatrzepane prawdziwą śmietaną, że aż łyżka stała. A na deser, panie kucharki wyczarowywały rozpływające się w ustach szarlotki, rożki z francuskiego ciasta, i coś, czego do śmierci nie zapomnę, wyborne gruszki w waniliowym kremie skropione wiśniowym sokiem. W jadalni pachniało cynamonem i rodzinnym domem. Opodal zaś, na Kopiej Górce – młody Karol Wojtyła ruch oazowy zakładał – patrz słynna powtórka z geografii, którą zrobił nowosądeczanom już jako polski papież: https://www.youtube.com/watch?v=6-BzRsMMqfM , - a potem wymyślił i wprowadził w życie tam właśnie zrodzoną ideę Światowych Dni Młodzieży.

Wykop Skomentuj58
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo